poniedziałek, 27 grudnia 2010

Idąc za ciosem

koleżanka Żuczek zapoczątkowała serię życzeń z okazji świąt wielkanocnych i uważam, że jest to podejście bardzo praktyczne. Runda niekończących się życzeń jest ciut męcząca, choć miła, więc faktycznie może miejmy to już za sobą. ;)

Wraca normalne po całości, bo jak spojrzeć do serwisów informacyjnych, to już sobie nasze elity wybijają kły. Te same elity, które kilka dni temu patrzyły z troską i miłością i kiwając pobożnie głowami dumały nad cudem narodzin i dobra ogólnego. Zakąszając śledzikiem :)

Za to biskupi pojechali po bandzie i dali dyspensę wiernym na okoliczność jedzenia mięsa w piątkowy, sylwestrowy wieczór,wzbudzając swoją łaskawością wielkie rozbawienie wśród komentujących.

Ja tam nie wnikam w to, jakie kto ma zwyczaje żywieniowe, ale w tym kontekście czuję się bezgrzeszna. Wygląda na to, że poszczę co dnia! Podejrzewam jednak, że biskupi niejednemu krwi napsują, bo wszak nic tak nie kusi i nie cieszy jak owoc zakazany. A tak to co? Kiszka, normalnie, kiszka nie Sylwester.

środa, 22 grudnia 2010

Znaki

Nieomylnym znakiem nadchodzących świąt i zakupowego szału jest imponująca ilość rękawiczek nie do pary wystawionych przy kasach w moim sklepie, żeby je sobie klienci poodbierali :)

Użyłam dziś odkurzacza do robienia porządku. Z zakupami jestem w lesie, toteż rękawiczki mam nadal do pary.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Pomysłowość stosowana

Mimo ostatniej wpadki z kolankiem nadal z jakichś przyczyn uważam się za rozgarniętą i nie ustaję w wysiłkach, żeby to sobie udowodnić.
Postępując praktycznie - jak sądzę - zapisałam adres osoby, do której coś wysyłam na kopercie. A gdzie niby miałam zapisać ten adres? Wysłałam. I wszystko byłoby w porządku, gdybym nie miała potrzeby wysłać znowu czegoś pod ten sam adres.
Niestety tamta koperta została wysłana, a mój praktyczny i logiczny pomysł okazał się niewypałem.
Złośliwość losu i kopert nie ma granic.

Jak sobie radzicie z własnymi praktycznymi pomysłami? :)

P.S. Pamiętacie te znaczki, co mi je pod koniec lata krasnale podebrały z biurka? Do dziś dnia się nie odnalazły!!!

środa, 15 grudnia 2010

Syndrom korby

Człowiek niby taki rezolutny, a czasem nie wie, jak nazwać prostą rzecz. Wiecie ile się naszukałam, żeby napisać o tym... no... kolanku w źdźble trawy? :D No teraz wiem, jak się nazywa, ale pierwsza moja myśl, że to kolanko i ni diabła nie mogłam wykombinować nic innego.
No, wiem, wiem, że kolanko to takie pod zlewem...
Moje konkretne kolanko to te "stawy", które występują na łodydze bambusa. Może gdyby bambusy u nas rosły, to bym wiedziała... a tak musiałam się przedzierać przez trawy.

Chociaż jak globalne ocieplenie potrwa jeszcze trochę, to jest szansa, że i u nas będzie jak u Eskimosów 100 nazw na 100 odmian śniegu i innych mroźności.

P.S. 1, Korbę łatwiej pokazać niż kolanko.

P.S. 2. Teraz się nie mówi Eskimosów tylko Innuitów, bo Eskimos jest tak samo brzydki jak Murzyn. Znaczy nie on jest brzydki sam w sobie, tylko mówić brzydko... ech, wróćmy do "kolanka". Co obstawiacie? Jak mówicie na kolanko bambusowe? :D

wtorek, 14 grudnia 2010

Kurs na Maryję

Od jakiegoś czasu modne są różne kursy, treningi personalne i wszelkie możliwe sposoby, żeby udawać, że się zdobywa wiedzę, lecz jej nie zdobywać. Można się nauczyć wszystkiego. Dosłownie. Znaczy sądząc z ulotek. Głównym argumentem jest czas i pieniądze wydawane przez kursanta, a nie poziom zdobytej wiedzy. I o ile faktycznie wystarczy kurs, żeby obsługiwać np. jakieś urządzenie, lub zdobyć wiedzę czy umiejętność dodatkową - do tej już posiadanej - o tyle 1 tydzień raczej nie wystarczy, żeby zostać lekarzem.
A jednak! Po tygodniu kursu w USA tzw. trenerzy płodności uczą bezpłodne pary jak robić dzieci. Warsztaty płodności - zgodne z nauką Kościoła - zaczęto prowadzić w Licheniu. Tak, tak, jeśli ktoś kojarzy Licheń z czymś innym niż klinika, ma rację.
Metoda - naprotechnologia (od ang.: natural procreation).

"Na razie do dyspozycji pacjentów jest jeden lekarz, sześciu trenerów i dowolna liczba braci zakonnych wspierających modlitwą starania o posiadanie dziecka. Według planów Licheń ma się stać polskim centrum naprotechnologii współpracującym z dwiema istniejącymi od niedawna niewielkimi, prywatnymi klinikami w Białymstoku i Lublinie. W przyszłości być może nawet głównym europejskim ośrodkiem stosującym tę metodę."

Modlitwa być może jest bezpłatna, choć nie sądzę sądząc z doświadczenia, ale spotkanie z trenerem wykwalifikowanym w ciągu jednego tygodnia (nie, no doucza się trener. Po tygodniu nauk już udziela porad, ale w końcu trzeba jakoś uzbierać na kolejne szkolenia) kosztuje. Oficjalne żródła podaja, że 100 zeta, a klienci twierdzą, że 220.

Na internetowej stronie sanktuarium ojcowie tłumaczą powód założenia poradni: "Decyzja ta jest owocem pogłębionej refleksji nad misterium Niepokalanego Poczęcia, w którym Bóg otoczył szczególną łaską i troską początek życia Najświętszej Maryi Panny".

Na te święta pewnie nie zdążymy. Ciekawe czy na następne będziemy mieli wysyp niepokalanie poczętych Jezusków?

środa, 8 grudnia 2010

Choinka forever

Zawsze mnie cieszy postęp nauki. Bo to, co nas rozwija jest dobre. W trosce o nasz rozwój naukowcy kanadyjscy dokonali wspaniałego odkrycia - jak nam donosi Gazeta.pl, a ja za nią :)
Otóż z tymi igiełkami od choinek, które jak wiadomo opadają i włażą wszędzie przez pół roku po gwiazdce, sprawa ma się tak:
"Naukowcy z Universite Laval wspólnie z kolegami z Nova Scotia Agricultural College - to musiała być jakaś impreza integracyjna - odkryli, że za opadanie igieł odpowiada roślinny hormon - etylen.

Badacze umieścili gałązki jodły balsamicznej (Abies balsamea) w pojemnikach z wodą w szczelnej komorze. Po upływie 10 dni gałązki zaczęły wydzielać etylen, w trzy dni później igły zaczęły opadać i po upływie 40 dni opadły wszystkie" - ten fragment badań przypomina mi badania radzieckiego uczonego nad pchłą.

Ale jest sposób:
"Aby się upewnić, że opadanie ma związek z etylenem, naukowcy zastosowali substancje hamujące jego działanie - 1-MCP oraz AVG (aminoetoksywinyloglicyna). Pierwsza opóźniła opadnięcie igieł do 73 dni, druga - do 87. Po 40 dniach potraktowane preparatami gałązki wyglądały świeżo, podczas gdy niechronione straciły niemal wszystkie igły.
Mający postać gazu 1-MCP (1-metylocyklopropen) od dawna stosowany w przechowalnictwie jabłek można by rozpylać w ciężarówkach przewożących choinki".

Z całego serca popieram ten pomysł, zwłaszcza, że od razu mamy kwestię prezentów z głowy.

Pod choinką umieszczamy dla siebie i rodziny zestawy Małego chemika, po pistoleciku, ewentualnie wyrzutnie rakiet, czy kto co tam ma pod ręką. Kombinezon świąteczny dostępny na Allegro w cenie 40 zeta (plus transport, nie ma lekko).
Ale w sumie regularnie gazując choinkę raz na jakiś czas możemy przedłużyć jej żywot - i nasze radosne święta - no... to się okaże, ale na pewno padnie jakiś rekord.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Strumień świadomości

Skupić umysł na jednym temacie przez czas dłuższy (tak ze 20 min będzie) graniczy z cudem. Rozumieją to Chińczycy, którzy już dawno ustalili, że umysł jest jak małpa i ciężko go przekonać, żeby nie skakał bezustannie z gałęzi na gałąź i choć na chwilę zwiesił się w jednym miejscu.

Szukając w grafice googlowej małpy celem zilustrowania moich wywodów znalazłam mnóstwo zdjęć różnych pań, panów, aktorek, polityków... o małpę prawdziwą trudno było, ale dałam radę. I oto tak wygląda umysł chwilowo skupiony:

Osoby medytujące, czyli pragnące wyciszyć umysł przestrzegamy przed próbami całkowitego wyłączenia funkcji myślenia. To się udaje tylko wraz z wyłączeniem funkcji życiowych. Lepsza nirvana w bardziej ziemskiej wersji.

Teraz mój umysł odreagowuje, więc skacze. Rano też skakał. Wyczytałam w zakładce Coast to Coast w zaprzyjaźnionym blogu Zamaskowanego Anglisty kuszący tytuł o węgorzu elektrycznym, który miałby oświetlać choinkę. Niestety w wyniku jakiegoś spisku lub dywersji nie mogłam się dostać na tę stronę i nie wiem, czy możliwe jest oświetlanie choinki węgorzem elektrycznym. A to pytanie nadal mnie nurtuje...
Czy węgorza elektrycznego można zjeść? Czy węgorze mogą być alternatywnym źródłem energii? Czy da się je porozwieszać w domu? może połączyć szeregowo?...
Ach te pytania, tyle pytań co chwila, bez przerwy i jedno ważniejsze od drugiego...

sobota, 4 grudnia 2010

Dieta

Wielkiej radości dostarczył mi dziś artykuł zamieszczony w rubryce sportowej na Onecie. Otóż wybrano nazwy dla maskotek Euro 2012. Przypomnijmy, że Euro będzie rozgrywane w Polsce i na Ukrainie. A oto Slavek i Slavko:

Który z nich nosi polskie imię, kto zgadnie?

"Wyboru dokonali kibice głosujący za pośrednictwem internetowej strony UEFA oraz w restauracjach McDonalds w obu krajach. Wyniki ogłoszono w sobotnie południe w Kijowie - mieście, w którym odbędzie się finał Euro 2012.

Slavek i Slavko otrzymali w sumie 56 proc. wszystkich głosów i zdecydowanie zdystansowali konkurencję. Na imiona Siemko i Strimko głosowało 29 proc. kibiców, propozycja Klemek i Ladko zyskała uznanie w oczach 15 proc. fanów.

W sumie oddano 39 233 głosów."

Ciekawe co jedzą ci, którzy zaproponowali zestawy typowo polskich i ukraińskich imion?

piątek, 3 grudnia 2010

Sezon dobroci można uznać za otwarty

Im bliżej świąt tym podnioślejsze nastroje. Jedni kupują prezenty na Mikołajki inni już myślą o świętach pracowicie napędzani przez niemiłosierną machinę marketingową. W naszym kraju pomimo długich prób wprowadzenia cywilizacji nadal obowiązuje "zastaw się a postaw się" i żadne kryzysy tego nie zmienią. Sezon na pożyczki świąteczne, kredyty gotówkowe oraz odławianie resztek zasobów w pełni.

Ale to nie tylko sezon sięgania do naszych portfeli, to przede wszystkim sezon sięgania do sumień. Odmówisz datku na dzieci? Nie wesprzesz szlachetnej akcji na małego Murzynka? Najlepiej sprzedają się dzieci, pieski kotki... zwłaszcza szczeniątka i kociątka, bo potem już gorzej. Podrośnięte nie jest takie rozkoszne, więc wielu dobrych ludzi wyrzuca je za drzwi, przywiązują do drzew w lesie, albo do zderzaka samochodu. Wczoraj przeczytałam informację o takich trzech młodzieńcach, którzy pijani w cztery dupy tak długo targali uwiązanego za samochodem psa husky, aż mu urwali łeb. Dosłownie, nie w przenośni. Dlaczego? bo pies wyrósł, a husky to nie pokorny kundelek. I kto to zrobił? 18-to, 19-to i 23-latek. Od niedawna chyba już nie dzieciątka, ale nie tak dawno temu, słodkie bąbelki, kosi kosi łapci...

Wczoraj w tramwaju pewna Cyganka taszcząc ze sobą malucha (jakieś 3 latka) żebrała tym charakterystycznym głosem jęcząco-zawodzącym, od którego natychmiast mi wyskakuje gula: "dobre ludzie, dajcie 20 groszy, zdrowia życzę". Dałam, bo może jakieś resztki sumienia się we mnie kołaczą i mówię, że przecież w takie zimno (-15) to dziecko powinno siedzieć raczej w domu. Nie doczekałam się odpowiedzi. Ale nie mam złudzeń co do tego, że jak maluch podrośnie, to nie będzie już tym samym fajnym bąbelkiem co dziś.

Sezon świąteczny to idealny sezon na szlachetność, miłość powszechną, stajenkę... Ci, którzy sami nie mają kłopotów z sumieniem chętnie przerzucają odpowiedzialność na tych, w których się coś jeszcze kołacze... ale już dwa tygodnie później wszystko wróci do normy. Wysłane prezenty w strefy wojny okażą się bez wielkiego znaczenia, jeśli nie zostaną wręcz odebrane, albo zniszczone, organizatorzy akcji wrócą do codziennej rutyny, bandziory, głupcy i przestępcy, którzy przekazali dzieciom gnębionym wojną laleczki pod choinkę przeznaczając na ten cel część dochodów, wrócą do produkcji np broni, bo w końcu trzeba na te akcje charytatywne jakoś zarabiać, prawda? A chyba nikt nie przeznacza tyle na akcje humanitarne, co ci, którzy się przyczyniają do wyniszczenia najwięcej ludności. Akty zwykłych ludzi dobrej woli można przy hojności wielkich tego świata uznać za symboliczne. A biedne dzieci za kilka lat podrosną i same wezmą broń do ręki.

Nie wiem co dla ludzi byłoby najlepszym prezentem i naprawdę przydatnym... sumienie? rozum? prawdziwa dobroć? poczucie odpowiedzialności? wyobraźnia?

poniedziałek, 29 listopada 2010

Cało biało

Nastrój za oknem wymarzony wprost dla ciężarówki z coca-colą, aż dziw, że nas jeszcze nie zaatakowała z TV.
Po desancie Mikołaja Assange z ciężką, oj bardzo ciężką, artylerią w Wikileaks świat zamarł zdruzgotany i zadziwiony. A fe, jaka ta polityka brzydka, a nasi sojusznicy wcale nie tacy bardzo sojuszniczy. Jak to możliwe?
Czyżby naprawdę ludzie byli tak niewinni i się nie spodziewali? Eeee tam, oczywiście, że mało kto miał złudzenia. W dodatku tak naprawdę nic się nie zmieniło. Przynajmniej jeszcze nie. Ale może kiedyś?...
Ja się w każdym razie cieszę, że ktoś się zabrał konsekwentnie za mówienie prawdy. Ciekawe ile ta prawda narozrabia, choć jestem skłonna się założyć, ze ludzie i tak chętnie usuną ze swojej świadomości prawdę nieładną, niewygodną, a autorzy kłamstw będą się uśmiechać patrząc sobie w oczy, ściskając sobie dłonie i poklepując się po pleckach przed kamerami oraz wskazując palcem na brzydkiego Juliana jako sprawcę zamieszania. Bo nie prawda jest brzydka, ale jej odkrycie.

piątek, 26 listopada 2010

Przepchałam się na chwilę

Okazuje się, że jednak sztuczna inteligencja ma wszelkie szanse, żeby nami zawładnąć. Zostałam szczęśliwą właścicielką nowego i bardzo przystojnego komputera, ale wiecie jak to jest: cieszy, nawet bardzo, tylko teraz trzeba wszytko przenieść ze starego na nowy.
Jest program, który przenosi - jak magia, podoba mi się to do zwariowania - ale efekt jest taki, że one się zachowują jak dwa zwierzaki tego samego gatunku. Mnie, jako gatunek obcy, wykluczyły z zabawy. Bawią się same, powarkując tylko na mnie z ekranów: nie dotykaj" się przepisujemy... no!
A ponieważ nie chcę, żeby w nowym był taki porządek jak np. nie przymierzając w takim ZUSie (¤#%&/"!!!=))(_::;;==??(/45¤(=(()=?*?=)((/&666 grrrr!!!) to pozwalam im działać. Skorzystałam z chwilowego żądania pod moim adresem, żeby zrestartować.
Zajrzę do Was, jak mnie dopuszczą!

wtorek, 23 listopada 2010

Na pewno do wszystkich Was dotarła wieść o tym,

że wybory do samorządów były i się (prawie) skończyły. Są sami wygrani. Jedni wygrali rzeczywiście, inni prawie wygrali, a jeszcze inni uważają się za wygranych. I fajnie bo przegrywanie to sztuka niełatwa.
Ale mistrzostwo świata należy się autorowi tego oto demota:

Przyznajcie się, kto ma to szczęście, że u niego rządzi król Julian? :)

sobota, 20 listopada 2010

Miała być odpowiedź i proszę:


Przyznaję się bez bicia, że kiedy przeczytałam tę odpowiedź, to uznałam ją za całkiem logiczną i równie prawdopodobną jak moja własna. Ale kiedy się rozważa - dla dobra nauki, rzecz jasna - dlaczego by tu zatłuc własną siostrę...
Mamy zresztą w naszym gronie, kilka osób, które wykazują jasne mordercze myślenie :))) A takie się łagodne wydają na pierwszy rzut oka, no, no.

Bardziej za to szalony wydaje mi się "kult psychopaty". Mam na myśli te panie, które wielbią psycholi pozamykanych w celach za szczególnie paskudne zbrodnie, piszą do nich listy, wzdychają latami, a czasem udaje im się nawet z takim ożenić i z błogosławieństwem strażników chodzić do pierdla na randki.
To dopiero trzeba mieć zoraną mózgownicę, brr. Przy tym moje skłonności raczej do Bohuna niż Skrzetuskiego to doprawdy małe miki.
P.S. Jak można chcieć taką ciapę zamiast takiego gościa z fantazją? ;)

czwartek, 18 listopada 2010

Wygrał psi ogon

Tak, moi mili, wybraliście psi ogon jako najbardziej motywujący do uśmiechów, potem jest uśmiech obcego osobnika (albo bliskiego, bo tak wyszło Marzyni), a na 3-cim miejscu udany seks.
Unosimy się szlachetnie ponad sprawy materialne, jak widać, bo cieszą nas emocje, a nie zera na koncie, podczas gdy powszechnie wiadomo, że najlepiej jest być wiecznie młodym, pięknym, zdrowymi i bogatym. Wygląda na to, że jesteśmy realistami :)
Biję się w piersi - faktycznie pominęłam całkowicie emocje sportowe, jak zauważył Er, który też podał przyczynę tego niezauważenia. Jak oni się poprawią, to i ja się poprawię. Tymczasem uprawiajcie sport na żywo, zamiast się gapić w TV :)

Dostałam rewelacyjny test, przy którym obśmiałam się jak norka, więc bardzo, ale to bardzo chcę się z Wami podzielić. Po raz pierwszy w życiu jak, która nienawidzę łańcuszków, testów i tym podobnych, będę lansować ten oto:

Oczywiście jeśli ktoś zna odpowiedź, to niech się nie wygada :)

piątek, 12 listopada 2010

Dzisiaj będzie bez tytułu, bo tak ;)

Każdy ma jakieś granice odporności. Objawia się to np tym, że reagujemy emocjami do pewnego momentu, próbujemy zrozumieć, argumentować, a potem - zapewne z przeciążenia i przegrzania zwojów - machamy ręką i dostajemy kompletnej wyzwalającej głupawki (nareszcie!).
Jako nastolatka miałam częste napady głupawki i np zmuszana do "poważnej" konsumpcji przy stole trzymałam się dzielnie, nadymałam, hamowałam... do czasu eksplozji zupą pomidorową na wszystkich bez wyjątku współbiesiadników. Od tamtego czasu nieco dorosłam i obyło się bez traumy, bo nadal zdarza mi się jeść zupę pomidorową i bardzo lubię wspólne jedzenie - z przewagą w sumie rozmawiania niż jedzenia.

Został mi też odruch eksplozji, i tak właśnie zaczynam reagować na trwające ponad pół roku jęki, stęki, zadumę, żałobę i... trwającą od kilkuset lat boleściwość narodową. Po prostu dosyć. Oznajmiam uroczyście, że mam te wszystkie dyskusje, przepychanki, ględzioły, głęboko w zadku. Tak naprawdę to ni cholery nie mogę pojąć kto nam to robi? Idę o zakład, że w Waszych orbitach krążą osoby pogodne, sensowne, rozgarnięte i uśmiechnięte, które mają pasje, zainteresowania, dystans do siebie...
Więc skąd się bierze do /&%()(/(/#)("(¤?) ten mendliwy obraz Polaków wiecznie cierpiących nie wiadomo za co i po co i specjalizujących się w darciu szat?
Precz, won, sio!
Po prawej jest ankieta (dawno nie było ;) Może Was zainspiruje któraś z odpowiedzi. Oczywiście pomysły autorskie mile widziane :)

poniedziałek, 8 listopada 2010

Hobby

Doszłam do wniosku - na podstawie obserwacji zachowań gatunku homo sapiens - że jego ulubionym zajęciem jest samooszukiwanie się. Przeciętny człowiek poświęca temu zajęciu maksimum wysiłku przy każdej, najprostszej czynności myślowej.

Ludzkość od zawsze trapią wielkie pytania o życie i śmierć, miłość i zdradę, sens i bezsens. Tymczasem wszelkich możliwych odpowiedzi udzielił sobie już wieki temu, ale nadal uparcie odmawia wyciągnięcia wniosków i wdrożenia ich w życie.
5.588,455-ta zdradzona kobieta będzie się łudzić, że jej luby potknął się tylko i przewrócił na tamtą panią (nawet jeśli gość się przewraca regularnie od paru ładnych lat), zrobiony w konia i puszczony z torbami mężczyzna będzie kombinował, że może to tylko kaprys jego lubej, bo tak naprawdę chciała zrobić coś całkiem innego i z pewnością jeszcze zrobi. Zakochana nastolatka (oby tylko nastolatka) wpatruje się w telefon jak wąż w ptaszynę wmawiając sobie, że on na pewno strasznie chce zadzwonić, tylko jest taki nieśmiały, a nieśmiały pryszczaty młodzieniec łudzi się, że ordynarny pustak spojrzy na niego kiedyś życzliwym okiem i dozna olśnienia.

Powszechnie wiadomo, że mężczyźni nie kłamią, bo im się nie chce (oraz zapominają co nakłamali). Jeśli kłamią to w szczegółach ("strasznie nudno było na tej delegacji, kochanie"). Przeważnie mówią prawdę, ale czemuś kobiety upierają się, że ta prawda musi brzmieć tak, jak one to sobie wymarzyły i staną na rzęsach, żeby usłyszeć dokładnie to, co chcą. Zwłaszcza jeśli słyszą coś innego.
Dla równowagi panom też zajmuje cała lata świetlne wyciągnięcie najprostszego wniosku, który się tka pod nos, jest oczywisty i nieunikniony.
Jesteśmy jakimś wadliwym gatunkiem. Kto widział, żeby słoń kombinował jak koń pod górę?

poniedziałek, 1 listopada 2010

Piękna pogoda

sprawiła, że obyło się w tym roku bez rewii mody na bogato. Ani jednego futra! Trochę mi w sumie żal. Nie było też kapeluszy aerodynamicznych. Za to widziałam białe kozaczki sztuk 1 :)

czwartek, 28 października 2010

Dziady

Sąd okręgowy w Trenczynie na Słowacji wezwał listownie 192-letnią Katerinę Janikovą, aby umożliwić potwierdzenie jej zgonu. Katarina Janikova urodziła się w 1818 roku, i zmarła prawdopodobnie w 1887 roku, ale nie odnotowały tego żadne oficjalne dokumenty. Jej prawnuk, 70-letni Pavol Petruszek wystąpił do sądu o zamknięcie ciągnącego się od lat postępowania spadkowego i uznanie prababki za zmarłą.

Rzecznik sądu tłumaczył, że bez potwierdzenia zgonu nie można kontynuować postępowania spadkowego, które toczy się w sprawie niegdysiejszego majątku Janikovej. Jednocześnie sąd zdaje sobie sprawę, że "jest mało prawdopodobne", aby kobieta wciąż żyła - dodał. Jednak zgon można potwierdzić dopiero, jeśli wezwana do stawiennictwa osoba nie zareaguje na wezwanie w ciągu 12 miesięcy od jego wysłania.

Skoro prawodawca wykazał tyle wyobraźni, że wymaga stawienia się 192-letniej pani Kateriny, żeby coś udowodnić, to, mam nadzieję, że Wysoki Sąd nie okaże zdziwienia, jeśli zainteresowana pojawi się i zaświadczy. Wszak zbliża się wyjątkowy moment, kiedy to wg bardzo wielu tradycji bramy między światami otwierają się na oścież...

środa, 27 października 2010

Miara miłości mężczyzny

To jednak nie jest mycie samochodu ukochanej kobiecie. To Jego cierpliwość w oczekiwaniu, aż kobieta jako ta poczwarka w kokonie, wreszcie się wykokoni i zamieni w motyla.

Zatrzymałam się wczoraj nieco dłużej przy półce z kosmetykami do ciała. Wiadomo, że przyjemnie jest sobie sprawiać przyjemność kupowaniem i wsmarowywaniem w siebie produktów, które nas czynią pięknymi, choć samo wsmarowywanie poparte leżeniem na kanapie niewiele daje.
Jestem lekko skonsternowana ilością i różnorodnością produktów - wiadomo, chodzi o to, żeby nas wydoić całkowicie, ale co jeśli?...

Smarowidła do całego ciała o przeróżnym (teoretycznie) działaniu to jeszcze małe miki, ale wątpliwości mnie opadły przy osobnych produktach na wypchnięcie tego i owego oraz wessanie czegoś innego. A co jeśli pomylę tubki i wsmaruję w biust specjalny preparat na wyssanie ze mnie tłuszczu? A resztę wsmaruję odwrotnie?
Część produktów jest też takich, że nie wystarczy się posmarować, trzeba się jeszcze owinąć folią (spożywczą?) na całą noc.
Mając też pod ręką maseczkę błotną albo wulkaniczną można się przyozdobić po całości i jako ten Potwór z bagien ruszyć do łoża.
Mężczyzna, który na ten widok nie ucieknie z krzykiem musi kochać!

No a o poranku suniemy do łazienki, gdzie możemy sobie zaśpiewać przy goleniu. W końcu są powody do radości, jeśli mężczyzna kocha nas tak bardzo ;)

P.S. Przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że może też być inna przyczyna braku ucieczki: nasz mężczyzna jest po prostu sparaliżowany strachem. Ale takim przypadkom należy się przyjrzeć indywidualnie i zaobserwować dodatkowe objawy jak brak tętna, zanikający oddech, oczy w słup, piana na ustach, lekkie rzężenie....

niedziela, 24 października 2010

Językoznawstwo netowe

Diabli mnie podkusili. Szukam, jak by tu spolszczyć "imię" pewnego DJ, który każe się zwać Doctor Will Spark You i w tym poszukiwaniu natchnienia, wrzuciłam sparka w google i kliknęłam tłumacza :D
Ten niezwykły wynalazek zawsze mi dostarcza wiele radości, nie zawiódł mnie i tym razem przenosząc do artykułu:

Urzędnicy obawiają meczet podpalenie wznieci więcej przemocy

"Cena tag" graffiti natryskiwane na ścianie; "Kto nie jest to terrorystycznych w każdym znaczeniu tego słowa," Barak deklaruje.

Premier Beniamin Netanjahu "zdecydowanie potępiła" sprzed świcie podpalenie ataku poniedziałek na meczet na Zachodnim Brzegu, rzekomo przez Żydów, którzy wypisali wyrazy "ceną" i "zemsty" na czarno hebrajskimi literami nad drzwiami kamień i spalił egzemplarzy Koranu .

W ciągu dnia, oburzony Palestyńczyków zebrane wewnątrz meczetu w Beit Fajar, położony w Gush Etzion, aby zobaczyć na własne wandalizmu, dodane do ich sceptycyzm zaangażowania Izraela w pokoju.

Jak mówił, palestyńskich mężczyzn w każdym wieku, zebrali się w sali gapić się na podziale teraz zaśmiecanie płytki na podłodze, a blackened dziury w dywanie.

Beit mieszkańców Fajar później modlił się w budynku wypełnione sadzą i starszego mężczyzny skandowali wersety z jednym z zwęglone Koran.

Teen przeforsował czarnego pyłu na ścianie palcem pisać po angielsku, "Love of Life".
Itd.itp...

Taaa. W kwestii Doca Will Spark You natchnienia nie znalazłam, ale za to nasunęło mi się kilka refleksji:
- Na świecie - jak glob okrągły - nie brakuje kretynów. Różnych rzeczy brakuje, ale kretynów akurat wszędzie jest pod dostatkiem.
- Choć kpię sobie z automatycznego tłumacza, to kiedy czytam te tłumaczenia, czuję się całkiem, jakbym czytała na Onecie cytaty z rozmów między przedstawicielami odmiennych światopoglądowo partii politycznych, kiedy to jedni o zupie, a drudzy o dupie. Chodzi mi o to, że oni muszą mieć w głowie takiego automatycznego tłumacza, który im przekazuje tekst dość specyficzny. W przeciwnym razie gadali by chyba na temat i rozumieli się wzajemnie?
- Wprawdzie ludzie mają język - w przeciwieństwie do innych istot żyjących - ale ten język do komunikacji najwyraźniej nie służy. Może powinniśmy jednak wypracować jakieś kody i tańce jak np. pszczoły? Gdyby tańczyli przed sobą rozmówcy o skrajnie odmiennych poglądach, mieliby mniej czasu i wolnych odnóży na kretynizmy.

Jakieś pomysły na DJ Doctora Will Spark You? :)

P.S. Swoją drogą za napis "ceną" można podpalić jak nic.

piątek, 22 października 2010

Językoznawstwo tramwajowe

Miałam okazję podziwiać wczoraj nowości językowe właśnie na przestrzeni mniej więcej czterech przystanków. Jest to jedna z przyczyn, dla których lubię tramwaje. W tramwajach są ludzie i ludzie gadają. Fakt, że przeważnie do telefonów - podejrzewam tak między nami, że za jakieś dwa pokolenia niemowlęta będą miały genetycznie wbudowaną słuchawkę w ucho, a drobny kolczyk przy ustach będzie szczególnie czułym mikrofonem - ale to inna bajka.
Na razie ludzie gadają metodą tradycyjną. Jak tylko wsiądą do tramwaju to zaczynają gadać. Tramwaj tymczasem jedzie, w przeciwieństwie do tego, co na kołach (gumowych znaczy) i stoi. Czasami mnie wkurza to gadanie, ale akurat wczoraj nic mnie nie wkurzało (poza naszymi politykami, ale to już norma) i czerpałam z mimowolnego podsłuchiwania wielką radość. Przyznaję, że też łza się w oku zakręciła - za sprawą gadającego nad moim uchem studenta - na wspomnienie słodkiego nieróbstwa czasów studenckich! Ach, co to były za czasy. Człowiek miał rzeczony czas, forsy jak lodu, niedokładnie wiadomo skąd, kondycję, urodę, młodość...
Teraz pozostała tylko młodość, uroda i kondycja, ale nie będziemy narzekać, bo i nie o to chodzi w tym poście.

Chodzi o język, sprytny i cwany, jak nie wiem co,wspaniałe odbicie czasów, obyczajów i stopnia rozwoju bądź degradacji ludzkości. Stoi nade mną student i paple (ci faceci teraz potwornie gadatliwi):
- No, dziś imprezka u X, potem idziemy do klubu... w piątek jedziemy na koncert, a w sobotę organizuję imprezę u siebie, to może byś przyszła? Ale tylko taki bifor robię, potem idziemy na otrzęsiny...

Czy ten "bifor" nie jest genialny? A jaki ekonomiczny! No i trudno nie zrozumieć, o co chodzi. Aż usta otworzyłam szeroko z podziwu, a jak tylko wróciłam do domu dopadłam syna, żeby potwierdzić zjawisko bifora. Potwierdził, że istnieje, ale on tym gardzi. Za to nie potwierdził istnienia aftera. Przez sekundę poczułam się rozczarowana, ale myślę sobie, że jednak zamiast się zniechęcać brakiem logiki języka (co mi przez sekundę przyszło do głowy) winnam go raczej podziwiać właśnie za jego niezłomną logikę!
Afterów nie ma, bo pewnie mało kto dożywa po biforze i imprezie właściwej!
Niech żyje język!

P.S. Czwartek był dniem niespodzianek. Kolejną była para młodych, przy czym on tachał własny plecak na plecach oraz jej torebkę (podręczną) rozmiarów walizki, a ona hasała luzem. Jakoś mnie nie przekonuje model macho noszącego moją torebkę, hm...

poniedziałek, 18 października 2010

Romantyzm

No i znowu wyszło szydło z worka! Moje poczucie romantyzmu tak dalece różni się od tego, co mi wciskają jako romantyzm, że - spójrzmy prawdzie w oczy - chyba jednak nie jestem szczególnie romantyczna i powinnam pogodzić z myślą, że kobieta wiotka i słodka to nie ja.

Widzieliście taką scenkę reklamową w TV? Jeśli nie, to nic nie tracicie. Trzy pańcie szczebioczą... chyba jakąś kawę reklamują, że niby najbardziej smakuje przy paplaniu... i taki tekst:

- A wiecie, jak mój dziadek oświadczył się babci? Włożył pierścionek zaręczynowy do bezy - mówi jedna pańcia.
- Jakie to romantyczne! - zachwyca się druga.
Trzecia nic nie mówi, trzecia jest i spojrzeniem potwierdza romantyzm tej chwili.

Przyznajcie się, co jawi się w Waszych umysłach, kiedy oczyma wyobraźni widzicie babcię pożerającą bezę z nieszczęsnym pierścionkiem w środku? Bo ja widzę:
- babcia się dławi i rzężąc straszliwie pada na ziemię;
- udaje się z babci wytrząsnąć pierścionek;
- babcia stawia oczy w słup, ale dzielnie połyka bezę oraz pierścionek, a potem przez tydzień wszyscy nasłuchują brzęku w nocniku, bo przecież nikt nie spuści pierścionka na zmarnowanie...

Powiem Wam, że ja w tym romantyzmu nie widzę ni dudu.
Ale może ktoś widzi to inaczej? :)

sobota, 16 października 2010

Bliskość

O bliskości - podobnie jak o innych delikatnych i subiektywnych uczuciach - trudno jest pisać, zwłaszcza, kiedy się nie ma zwyczaju pisać o sprawach prywatnych. Trudno może w życiu prawdziwym, bo scenarzyści radzą sobie z tym problemem doskonale.

"- Nawiązał pan kontakt z terrorystami?
- Dwóch zabiłem."

I co tu tyle kombinować?

P.S. Zapewne na hasło "bliskość", uaktywniła mi się reklama e-darling z propozycją dobrania idealnego partnera. Państwo widać nie wiedzą, jak się rozprawiamy z terrorystami na tym blogu.

wtorek, 12 października 2010

Świat według urzędu

Czasami odnoszę wrażenie, że technika i cywilizacja - bo cóż by innego? - sprawiają, że ludzie żyją w innym wymiarze, w którym mleko rośnie w sklepie w specjalnych kartonikach, świeże brokuły znajdują się wyłącznie w postaci sproszkowanej zupki, a błonnika uchowaj bóg nie należy szukać w marchewce, bo on jest przecież w aptece w tabletce.
Chyba w tym duchu należy interpretować bezcenną radę urzędu pewnego miasteczka, w którym zaczęły grasować dziki. Dzikie, dziki, żywe dziki, w dodatku lochy z małymi, Władze radzą sobie z problemem doskonale biorąc na przyczepkę policję i wszystkie służby miejskie.
Ponieważ jednak ludzie nic mądrego nie uradzili, wydano oficjalny urzędowy poradnik, a w nim stoi jak wół, że na wypadek spotkania z dzikiem, zaleca się "udawanie drzewa".

Uważam, że to bezcenna inicjatywa i całkiem nowatorska. Ja bym ją rozszerzyła. Można np udawać piorunochron w przypadku burzy, autostradę, statek kosmiczny... czemu nie? Nie bójmy się wyzwań! Poudawajmy! ;)

wtorek, 5 października 2010

Obroku!

Kto choć raz w życiu był koniem, ten wie, jak przyjemnie jest doczłapać do stajni. Ponieważ pracuję zadaniowo, regularnie się zaprzęgam, siodłam i ruszam.
Tak naprawdę to na początku wycieczki jestem źrebięciem, parskam i wierzgam, ale potem mi przechodzi. Przeszedłszy etapy klaczki, klaczy i starając się nie popaść w chabetyzm prę uparcie. Może dlatego przy końcu (prawie, prawie) czuję się jak muł.

Ogierem nie byłam nigdy, wałachem raczej też nie, ale to nie moja zasługa tylko Natury. Ważne, żeby nie skończyć jako krowa, bo i po co krowie siodło.
A Wy jakimi konikami jesteście?

Owoc mojego parskania znajduje się w blogu nietoperzowym.
Już jestem w ogródku, już witam się z gąską...

czwartek, 30 września 2010

Rytuały

Męczący dzień, ale wreszcie opadłam na kanapie i pomyślałam, że coś obejrzę w TV dla odprężenia. Najlepiej nie wymagającego intelektualnie.
Zaglądam do programu TV w necie i widzę co? Za godzinę będzie w programie 1
"W głębi lasu". Czytam o co chodzi i czy warto, a tu piszą mi tak:

"Dwoje młodych ludzi postanawia spędzić miłe chwile pod namiotem w leśnych ostępach Kalifornii. Kiedy po suto zakrapianej nocy budzą się następnego ranka, zaczynają się wokół nich dziać podejrzane rzeczy...

bla bla bla...

Niebawem sprawy przybierają dramatyczny i makabryczny obrót. Tom zostaje zamordowany, zaś Gwen porwana w głąb lasu ...

no, już lepiej....

i poddana rytuałowi, w wyniku którego zachodzi w ciążę."

Tu się zamyśliłam, a miało być przecież niewymagająco intelektualnie!
Uczą w szkołach przystosowania do życia w rytuale ? Tak czy inaczej życzę nam wszystkim wspaniałych rytuałów :)

P.S. Aaaaa i najlepsze życzenia dla Chłopaków, dziś przecież Dzień Chłopaka, zatem chłopakom, mężczyznom, chłopakom w mężczyznach, mężczyznom w chłopaku... najlepszego :)

środa, 29 września 2010

Wywołać śmiech - bezcenne

Albo za 110 złotych od sztuki. Tu jednak zależy, na kogo się trafi.

Pragnąc sekundy odpoczynku zajrzałam do Onetu :D No nie mogę przecież całkiem zdziczeć pracując i nie wiedzieć, co się dzieje, prawda? A tu jak zwykle wesoło i wielki artykuł o łódzkim radnym, który handluje solniczkami w kształcie Jezusa. Tytuł jak zawsze mija się ciut z prawdą i obliczony jest na tanią sensację, ale za to jest instrukcja obsługi solniczko/pieprzniczek:

"Można je wypełniać solą morską i pieprzem. Żeby dodać przypraw, trzeba przekręcić Maryję lub Jezusa w talii. Zaprojektował je holenderski duet designerów Mango. Na opakowaniu autorzy napisali, że ich celem jest wywołaniu uśmiechu u kupujących."

Domyślacie się, jaką burzę może wywołać takie "świętokradztwo"? Chociaż osobiście uważam, że akurat w naszym kraju powinno być wielu chętnych, choćby instytucja, która od 2000 lat z wielkim powodzeniem przekręca Jezusa w talii.
Tyle, że przecież czyni to dla dobra maluczkich, a nie dla jakiegoś tam uśmiechu.

Poza tym, kochani, praca... praca... ale zaglądam do Was ino z doskoku ;)

piątek, 24 września 2010

W drzwiach rozpoznasz mój charakter

Zauważyliście z pewnością, że są sytuacje i miejsca, które wybitnie sprzyjają obserwacjom na temat dziwnej natury człowieka, jego charakteru i osobowości. Takim miejscem są np drzwi.
Drzwi są w ogóle miejscem symbolicznym, bo albo zagradzają nam wstęp albo przeciwnie zapraszają i roztaczają przed nami wspaniałe perspektywy i pokusy. Konstruktorzy drzwi wykorzystują tę cechę i obdarzają nas Drzwiami, a nie drzwiami i w tych Drzwiach objawia się nasze prawdziwe oblicze. Takie np Drzwi do niektórych domów handlowych lub wybitnie eleganckich biurowców.

Drzwi-kołowrót wyglądają niewinnie, są zarazem otwarte i zamknięte, kuszą zachęcająco, w przekroju niczym pomarańcza z mniejszą ilością cząstek, ale naprawdę są kieratem, przez który się pchamy my, osiołki. I tu okazuje się, że osiołek osiołkowi nierówny. Jeden bowiem napiera odważnie i pcha siłą własnych mięśni, a inny, nie taki znów osioł, przemyka się na plecach tamtego. Dosłownie lub w przenośni i jeszcze łypie, czy tamten nie widzi. Są też osiołki, które się przeciskają z podniesionym czołem i nie skażą się dotknięciem popychadła oraz inne, które udają, że patrzą daleko w przestrzeń, w przyszłość i tak przyziemnym zajęciom jak popychanie w ogóle nie poświęcają swej oślej uwagi. W odwecie osły pchające czasem wyzwalają taką energię prącą, że człowiek ledwo zdoła uniknąć zmiażdżenia przez oszalały w pędzie kołowrót, a następnie wystrzelenia w upragnioną przestrzeń sklepową.

Inne Drzwi to te duże, ciężkie, dostojne z obustronnym napisem PCHAJ/CIĄGNIJ. Bez sensu zresztą umieszczonym, bo kiedy człowiek gna ku wnętrzu, to zatrzymywanie się na widok napisu i zmiana wektora siły powoduje kompletne marnotrawstwo energii. Osobiście nie marnuję energii - w końcu drzwi są szklane - i widzę, czy nikogo nie zabiję tymi drzwiami, na które nacieram wbrew nieergonomicznemu napisowi CIĄGNIJ. Gorzej jeśli drzwi do ciągnięcia odchylają się tylko w jedną stronę i nie dają się popchnąć. Zjawisko rzadkie dość, ale się zdarza. Wtedy energia zostaje jednak zmarnowana, za to furia wynikająca z tego faktu wyzwala wielką moc ciągnącą. Dla rekompensaty zawodu wynikającego z niemożliwości pchnięcia.

W szatni w moim klubie sportowym mam jeszcze fajniejsze Drzwi, bo są to drzwi wahadłowe, ale za to drewniane, więc nieprzejrzyste. Pełen western. Niestety niespodzianek coraz mniej, bo tylko nowicjusze dają się nabrać na numer z nieostrożnym podchodzeniem do podstępnych drzwi oraz z mocowaniem się z niewidoczną siłą napierającą z drugiej strony. Kończy się przeważnie chichotem i jak to w eleganckim świecie sportu, ktoś ustępuje.

Fajnym dodatkiem do drzwi - dla tych którzy się wdarli do pięknego świata centrów handlowych - są ruchome schody. Jak zapewne zauważyliście. ludzie albo stoją grzecznie po prawej stronie i wjeżdżają zgodnie z kolejnością, albo nie, co w kraju, gdzie żyje ponad 40 milionów indywidualistów nie jest takie rzadkie. Są tacy, którzy nie lubią stać w szeregu i gnają wymijając z lewej, ale i na takich są przecież sposoby. Dlatego co któryś wjeżdżający porzuca prawą stronę na korzyść lewej, na niej się zapiera, żeby nie przepuścić. Technik nieprzepuszczania jest bez liku. Można się wypiąć i udawać, że się wiąże but (to jednak nieco ryzykowne), albo uwalić po tej lewej i patrzeć w przestrzeń (ku wyższym celom), albo stanąć w pozycji goryla i wtedy wiadomo, że nawet "Przepraszam" będzie wyzwaniem do walki.

Ale nawet największego kozaka schodowego może na końcu schodów czekać niespodzianka i nieborak nie będzie mógł ich opuścić, bo na górze, na samym upragnionym szczycie właśnie dwie osoby postanawiają zrobić naradę co do kierunku zwiedzania, który obiorą, albo też właśnie się żegnają padając sobie z łkaniem w ramiona niepomne na to, że nieludzka machina wciąga i miele tych nadjeżdżających z dołu. I między te ząbki, i pod ruchomy chodniczek, i trzask mózgów, kończyn, rwanych ubranek...

niedziela, 19 września 2010

Tęsknota za światem normalnym

Jak może zauważyliście i mnie dopadł kryzys... niepisania. Nie pisałam, bo czułam zniechęcenie, a nawet chwilami obrzydzenie, wręcz odrazę, więc co było pisać?
Po części pewnie moja wina, bo jak człowiek rano poczyta o wiecznych kłótniach i jatkach, to potem przynajmniej z przyjemnością zamyka się we własnym świecie i zajmuje rzeczami naprawdę ważnymi, czyli bliskimi, pracą, sportem. I to ratuje przed wariactwem, a nawet... ba! to właśnie jest prawdziwe!
Czy zastanawialiście się kiedyś co by było, gdybyśmy totalnie olali polityków, politykę i idiotów, którzy stanowią 90% każdego społeczeństwa? Ja się zastanawiałam, Niestety oni się tkają drzwiami i oknami i nie sposób ich wyeliminować, ale można drastycznie ograniczyć i to z pożytkiem dla własnego zdrowia.

Swoją drogą ciekawe jest to, że każdy przytomny na umyśle podziela moje zdanie, że 90% to tumany. I to nasuwa mi podejrzenia, że może jednak wszyscy jesteśmy tumanami skoro się godzimy na to, żeby wieczne psuli nam szyki nieudacznicy i głupki? No i jak udowodnić w tej sytuacji, że akurat ja jestem w tej 10% grupie rozgarniętych? Może jednak nie, skoro pozwalam, żeby wpływali na mnie durnie?

Sami widzicie, że wobec takich refleksji lepiej, żebym jednak zajęła się sportem po pracy, zamiast marudzić. I ja jestem zdania, że to mi robi lepiej na rozum, psychikę i urodę ;)

Zaczynam tęsknić odrobinę za tym, żeby wróciło stare, kiedy to dziennikarze byli dziennikarzami, a nie interpretatorami rzeczywistości, wiadomości były nie tylko złe, policjant był dobry i łapał złodzieja, a ja bez trudu odróżniałam czarne od białego i normalne od durnego.
Stwierdzam, że od nienormalnego pomieszania wartości, pojęć i - nie bójmy się tego słowa - autorytetów (które zwyczajnie się skompromitowały i zanikły), zaczynam się radykalizować i mieć skłonności do przejmowania spraw we własne ręce.

Mieszkam w dobrej dzielnicy,o ile takie jeszcze istnieją, ale jak wiadomo teraz wszędzie jest nienormalna nienormalność. Nie ma dzielnic bezpiecznych i niebezpiecznych, wszędzie można oberwać, zostać okradzionym, a złodziej jak ci ukradnie torebkę, to już nie odeśle dokumentów pocztą zatrzymawszy sobie pieniądze. Nawet złodzieje zeszli na psy.

A więc i w mojej dobrej dzielnicy, ba! w dobrej kamienicy zdarzają się czasem niemiłe przygody. Mam sąsiadów piętro niżej, którzy - fakt, że teraz, kiedy dzieci podrosły i mają własne dzieci - burdy wszczynają rzadko, ale nadal im się zdarza.

Nie cierpię pijaków i tłumaczenie "patrz pani, co ta wóda robi z człowiekiem", uważam za totalną bzdurę. To człowiek (?) traci rozum dla wódy.
No i moi sąsiedzi czasem tracą. Niezwykle rzadko, ale jak już stracą, to nie ma przebacz.
Wracali przez pół wieczoru piątkowego z głośnymi śpiewami na ustach, aż w środku nocy obudziły mnie wrzaski i pijackie awantury. Chwilę się budziłam, zastanawiałam, czy powinnam się wtrącać do intymnego (na całą klatkę) życia sąsiadów, aż po serii głośniejszych okrzyków i kopnięć w drzwi piętro niżej oraz szczekaniu wściekłego psa sąsiadów, doszłam do wniosku, że to nienormalne, żeby piłowali gęby po pijaku i nie dawali spać. I być może się lali, bo na to wskazywały odgłosy.
Nie miałam tylko pewności, czy od razu wzywać policję, czy za chwilę. Ponieważ jednak ryki nie ustawały, zaniepokoiłam się nie na żarty i postanowiłam sprawdzić.

Musiałam wyglądać jak furia wcielona w piżamce, adidasach na bose nogi i czerwonym szlafroczku frotte, kiedy otworzyłam zamaszyście wcale nie zamknięte na klucz drzwi sąsiadów, bo czterech policjantów dumających nad rozciągniętym na podłodze w korytarzu panem domu zamarło w bezruchu na mój widok. Tylko chwilę poszukiwałam wzrokiem największego osiłka, żeby go obić, bo jak wiadomo, jak się skasuje przywódcę, to z resztą idzie już gładko. Wściekły pies był na szczęście zamknięty w pokoju.
Policjanci nie odzyskali głosu, a ja wymamrotałam, że fajnie, że są, bo już miałam po nich dzwonić.
No i tak sobie myślę jak to by było miło, gdybym mogła się czasem dowiedzieć o czyichś sukcesach, mądrości, fajnych pomysłach, bo kataklizmy i głupota towarzyszą ludziom od czasów jaskiniowych. tylko ostatnio proporcje w informacji się odwróciły.
Pozostaje nam zdefiniować, co to jest "świat normalny" i do niego wrócić ;)

niedziela, 12 września 2010

O dominacji prawej nogi

Jednak mam coś z głową. A stwierdzenie to opieram na fakcie, że do porannej kawy zawsze otwieram ONET, żeby zobaczyć, co się dzieje u nas i na świecie.
Niezmiennie stwierdzam, że wariactwo u niektórych posuwa się w tempie zadowalającym, nie tylko u nas ale jak kula ziemska okrągła i, uspokojona, mogę przejść do rubryki odkryć naukowych.

I tu mam wrażenie, że poza technologiami długo nic nie odkryjemy, ponieważ niektórzy naukowcy wydają swoje granty na rzeczy dawno odkryte i jakoś nie mogą się z przeproszeniem posunąć do przodu. Dziś w dziedzinie odkryć naukowych (co się staje synonimem zajęć komicznych) o tańczących facetach.

"Angielscy naukowcy znaleźli odpowiedź na nękające połowę ludzkości pytanie: co sprawia, że niektórzy mężczyźni, po wyjściu na parkiet stają się dla kobiet pociągający niczym John Travolta w "Gorączce sobotniej nocy", podczas gdy ruchy innych przypominają nieudolne wyczyny taneczne Jasia Fasoli.
Eksperyment przeprowadzony przez psychologów ewolucyjnych z Uniwersytetu Northumbria w Wielkiej Brytanii polegał na sfilmowaniu tańczących do prostego rytmu mężczyzn. Przetworzony zapis ich ruchów został poddany ocenie grupy kobiet.
Okazało się, że tancerze, którzy wypadli dobrze, mogli popisać się bardziej zróżnicowanym repertuarem figur. Częściej i w większym stopniu kręcili tułowiem i pochylali kark."

Tu już karki odpadają, bo nie poruszą ani karkiem ani ramieniem. Może dlatego ostatnio jest lansowany nowy typ męskiej urody? Podobno po super-macho i metroseksualnych panach, teraz będzie w modzie subtelna chudzinka.

"Jednym z najistotniejszych czynników wpływających na pozytywną ocenę tancerza był stopień ruchliwości prawego kolana. Badacze tłumaczą to tym, iż w przypadku większości ludzi prawa noga jest tą dominującą."

Ta informacja mnie po prostu zelektryzowała. Przyznaję, że nie doceniłam kwestii ruchliwości prawego kolana w doborze partnera. Czuję, że już nigdy nie będę taka sama i teraz całkiem odmieniona będę się maniakalnie wpatrywać w prawe kolano. Mam nadzieję, że ta noga nie dominuje nad całą resztą.

"Większość z badanych ograniczała swoje ruchy do stąpania i wymachiwania ramionami. Reszta ciała pozostawała w relatywnym bezruchu. Takie zachowanie oczywiście nie mogło spotkać się z pozytywną oceną kobiet.
Przykładem złego tancerza jest, według angielskich badaczy, headbanger, czyli osoba machająca głową na heavymetalowych koncertach.

- Ruchy jego głowy charakteryzują się dużą amplitudą, ale poza tym jego ciało jest nieruchome – tłumaczy psycholog dr Nick Neave.

Wyniki eksperymentu są zaskoczeniem dla naukowców, którzy spodziewali się, że kluczowe dla oceny tańca będą ruchy ramion. Jak się jednak okazało są one mniej ważne niż kreatywność i ogólna ruchliwość. Kluczowym rejonami ciała, na które zwracały uwagę oceniające, były korpus, szyja i głowa. Dodatkowo ważna była nie tyle szybkość ruchów, co ich zmienność."

No i proszę naukowcy się spodziewali, że kluczowe będą ruchy ramion. Zauważyliście, że najbardziej zaskoczeni własnymi eksperymentami są zawsze, ale to zawsze sami naukowcy?
Wyłażę z jaskini i pędzę do lasu zająć się zbieractwem. Może i ja poćwiczę gdzieś w zagajniku ruch prawym kolanem? A nuż naukowcy nie odkryli, że ruch kolanem jest równie ważny u kobiety jak i mężczyzny?
Miłej niedzieli :)

P.S. Już moi koledzy z jaskini wiedzieli WSZYSTKO na temat tańca.
I proszę się nie dać zwieść. Nie jestem przeciwniczką badań i odkryć naukowych, zwalczam tylko zidiocenie redakcji Onetu i jej upór do kretyńskiego przedstawiania absolutnie wszystkich informacji, co zawsze skutkuje idiotycznymi komentarzami na forum.

piątek, 10 września 2010

Refleksje przy skrzypiących grzybach

Uwielbiam zbierać grzyby, ale jeszcze nie byłam w tym roku w lesie. Kiedy jestem w lesie - właściwie w dowolnej porze roku, patrzę maniakalnie pod nogi czy coś jadalnego nie rośnie. Za grzybami przepadam. Może mniej za obieraniem, zwłaszcza maślaków, ale teraz można kupić już obrane ;)

Dziś na obiad kurki!
No i tylko płukanie kurek to jakaś wyższa szkoła jazdy. Mnie tam zawsze coś zgrzyta między zębami.
Wprawdzie różne stworzenia wcinają piasek, a nawet kamienie i wcale im to nie szkodzi, a wręcz pomaga, więc może nie ma się czym przejmować?
Może ewoluuję w stronę strusia?

środa, 8 września 2010

Zgadywanka

Powiedzcie no mi, moi mili, co też to Waszym zdaniem może być, sądząc po hasłach rzucanych przez PRowców?

- komfort niedościgniony (jakżeby inaczej?)
- te akurat, to ma biksenowe z systemem AFS
- 4695 mm długości
- zamaszyste, dynamiczne linie
- panoramiczny dach! (ważna wskazówka)
- budzący respekt i przyciągający oko wygląd (obstawiałam odkurzacz, ale to nie to)
- Wnętrze emanuje siłą spokoju (Uwaga podpowiadam! nie chodzi o Tadeusza Mazowieckiego!), wypływającą z nieodłącznego poczucia jakości (cokolwiek to znaczy)
- czysta, dynamiczna inteligencja (drżyjcie/drżyjmy blondynki;)

A co to, co to? :D

wtorek, 7 września 2010

Uderzona przepisem

- Dzień dobry, chciałabym się dowiedzieć, kiedy państwo przewidujecie włączenie ogrzewania w mieszkaniach?
- Jak chęć ogrzewania zgłosi co najmniej 50% użytkowników.
- Są osoby, które nie chcą być ogrzewane, kiedy w łazience nic nie schnie a w domu człowiek kłapie zębami z zimna?
- Tak są.
- Jakim cudem? Przecież płacimy za ogrzewanie jak rok okrągły. A na mocy, jakich przepisów państwo zbieracie te 50%?
- Nooo. czekamy.
- Czekacie, aż do was zadzwonią lokatorzy, czy wspólnoty?
- Nawet już sami dzwonimy.
- I co? Nie chcą?
- No u pani wspólnota już chce, ale macie podwęzeł, a żeby SPEC włączył węzeł potrzebna jest zgoda 50%.
- W środku zimy i przy mrozach -15 też powinni wyrazić zgodę?
- No, ale jutro ma być 17 stopni.
- No tak, przedwczoraj było 16 przez chwilę, ale to już nie ogrzeje mieszkań. zwłaszcza, kiedy w nocy jest regularnie ok, 4 st.
- No myśmy już nawet zgłosili i koło 15 września SPEC ma włączyć.
- A jeśli ja 14-go zadzwonię i powiem, że się nie zgadzam, to nie włączą? Czy istnieją przepisy, że akurat 15-go? i akurat 50%? Gdzie są te przepisy? Proszę mi podać numer dziennika, ja sobie sprawdzę.
- No, bo państwo macie ten podwęzeł...

K**** żesz! No po prostu trzeba jednak wybudować własną jaskinię z ogrzewaniem podłogowym.

wtorek, 31 sierpnia 2010

Uderzona łabędziem

Przeważnie się nie żalę, ale dziś się pożalę ;) Chociaż to nie poniedziałek, dzień miałam szewski i mnóstwo spraw na mieście, czego szczerze nienawidzę, bo wolę pracę w ciszy, a "załatwianie" męczy mnie straszliwie. Załatwianie było owocne, lecz wyczerpujące - jak to załatwianie - i do domu ledwo dopełzłam wymordowana psychicznie.
Zasiadłam z herbatą, żeby chwilę odetchnąć i jak przystało na człowieka, który pragnie zresetować mózg włączyłam TV skacząc po programach i oglądając po kawałku, aż tu nagle...TVP Polonia i "Kapitan Sowa na tropie".

Osoby dramatu: kapitan Sowa, jego asystent czy coś tam, lekarz patolog, który zaciąga takie przedwojenne "ł". Kurczę, takiego "ł" już się nie słyszy! W scenie panowie ustalają przyczyny śmierci jakiejś pani (po solarce - wtedy to była kwarcówka - a wiadomo, bo na dłoni jej został ślad po zegarku) i dialog następujący:
- Uderzona tępym narzędziem, denatka padLa (to jest to "ł", proszę się wczuć)
- A te otarcia? - pyta Sowa
- WLaśnie (słynne "ł") jak padLa, wtedy powstaLy otarcia na Lokciach i kolanach.
- A czy mogła być uderzona łabędziem? - spytał z kolei asystent Sowy. - No, tą figurką - dodał na wypadek, gdyby serial oglądali tacy idioci jak ja.

Ale bez tego uściślenia dialog byłby znacznie fajniejszy. Ależ my kiedyś byliśmy potęgą serialową, mistrzami abstrakcji. Od razu mi lepiej :)

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Skrzaty polskie część 2

Pamiętacie Podpieprzacze Znaczków Pocztowych?
Znaczków nie oddały, za to buchnęły ponad godzinę światła i kilka stopni temperatury.
Wiem, wiem, niektórzy (taki Pieprz na przykład) są zachwyceni tym, że ziąb i mroki spowijają Ziemię wcześniej niż to było przewidziane.


A gdzie są te urcoze skrzaty, co ścierają kurze, śpiewają dzieciom kołysanki, lepią pierogi z jagodami, wachlują pszczółki i piszą bajki? No gdzie są? - pytam grzecznie.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Geniusz

Powszechnie wiadomo,że geniusz drzemie w prostocie. Dlaczego jednak tak rzadko się do niego odwołujemy? A potem rozdziawiamy usta ze zdumienia.

W pewnym miasteczku w USA, które podobnie jak nasze miasteczka odczuwało przerost kosztownych urzędników w dobie kryzysu - i bynajmniej nie były to klejnoty urzędnicze - ktoś wpadł na genialny pomysł. Zwolnić wszystkich i zatrudnić tych, którzy są faktycznie potrzebni na kontrakty, umowy, firmy świadczące usługi.
Efekt: sprawy załatwiane i to szybciej oraz lepiej, wiadomo, a kasa jest starannie wydawana za pracę a nie okupowanie stołka.
Marzę o dniu, w którym ta rewolucja dokona się u nas :)

A tu jeszcze jeden prosty pomysł: WIATRACZEK :)

Załatwiamy kwestię kasy, energii i Ludzkość tarza się w dobrobycie. Wystarczy ruszyć głową, ale o tym wiemy przecież od czasów jaskiń ;)

niedziela, 22 sierpnia 2010

Klejnoty

Dowiedziałam się bardzo ciekawej rzeczy o mężczyznach. Działo się to na takim jednym forum, gdzie się wywiązała rozmowa na temat broni. Zaczęło się od tego, że jeden pan zauważył, że możliwość posiadania broni palnej przez obywatela spełniającego w zasadzie wymogi na pozwolenie, jest oznaką wolności.
Wyraziłam wątpliwość, czy taka wolność na pewno by była zdrowa w kraju wariatów - fakt, że nie jedynym, ale w tym akurat żyję i zagraniczni wariaci niewiele mnie obchodzą, a miejscowi jak najbardziej. Tak się przekomarzaliśmy od słowa do słowa, aż przyszedł inny pan i uświadomił mnie:
- Kobieto! Nie wiesz, co mówisz! Jak się nie znasz to się nie odzywaj! Broń jest dla mężczyzny jak Klejnoty!
Zamilkłam, ale tylko na chwilę, bo wiadomo, że w życiu bym takiej okazji nie przepuściła. Skorzystałam natychmiast i wyraziłam przypuszczenie:
- No chyba dla takiego, który nie ma własnych.
Sytuację ratował trzeci pan, który wyjaśnił, że on jako zapalony kolekcjoner kolekcjonuje: piękne przedmioty, kobiety, klejnoty i takie klejnoty jak broń też sobie chętnie pokolekcjonuje.
Ech, faceci... pełni niespodzianek :) Na klejnoty bym w życiu nie wpadła.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Dowód uniwersalny na istnienie przypadku bądź jego nieistnienie

Kiedy zupełnie cię nieinteresujący osobnik woła na twój widok z ożywieniem: "O, pani też się spóźniła na ostatni autobus, ale dzięki temu się spotkaliśmy. To prawdziwe zrządzenie losu...". Otóż nie. To żadne zrządzenie tylko zwykły przypadek. Totalny przypadek.

Kiedy zwiał ci autobus i na przystanku stoi mężczyzna, na którego widok miękną ci kolana, aaaaa tak! Wtedy to nie jest przypadek, tylko zrządzenie losu. Palec boży i opatrzność w jednym ;)

wtorek, 17 sierpnia 2010

07

Jestem w lekkim szoku, bo włączyłam właśnie "O7 zgłoś się" :D
Jeszcze nikt nie zdążył nikogo zamordować i porucznik Borewicz nie błysnął ani urodą wybitną ani tym bardziej inteligencją, ale taksówkarz zdążył rzucić:
- Siedem złotych!
Siedem złotych za kurs!!! Macie pojęcie? :D

czwartek, 12 sierpnia 2010

sobota, 7 sierpnia 2010

Chwila prawdy

Nie wiem, czy to za przyczyną stresu, czy dzikich wymagań współczesności, w każdym razie to najpowszechniej używane argumenty dla wprowadzania na rynek coraz większej ilości produktów wspomagających panów.
Osobiście uważam, że jak zwykle chodzi o wmówienie na dokładnie tej samej zasadzie, co wciskanie, że większy biust jest gwarancją szczęścia i w pełni solidaryzuję się z autorem podpisu tego demota:


Kobiety do dzieła! Niech płoną nie tylko staniki! :)

czwartek, 5 sierpnia 2010

Trzecia zasada dynamiki

Fizykę kocham za to, że jej zasady są niezawodne i niezależne od fanaberii i głupoty.
Na facebooku ukazała się gra :) Można się pobawić, choć nie będzie łatwo pokonać dotychczasowego zwycięzcę :
http://antyweb.pl/bron-krzyza-jest-juz-gra-na-facebooku/

a tu bardzo proszę sobie spróbować: KLIK I TRZASKAMY
Warto też włączyć głośnik ;)

No i tak naprawdę to już sama obrona nie była smutna i bez poczucia humoru, co zauważył zresztą w komentarzu Bareya.


I na koniec DESER.

p.s. Davi, dzięki za pomoc przy linkach ;)

I w tej to radosnej atmosferze, gdy jedni tracą swoją i cudzą energię na bzdety, rząd spokojnie szykuje podwyżki. Podobno jednak mamy kryzys, któregośmy przecież cudem uniknęli w przeciwieństwie do reszty świata ;)

wtorek, 3 sierpnia 2010

A największym polskim skrzatem jest....

Myślę, że ten facet ma zaklepane miejsce w historii Polski jako najmniejszy, który skłócił najliczniejszych.

Rozumiem ból Jarosława Kaczyńskiego po stracie brata, ale to całkiem inna sprawa niż dotkliwy ból jego gigantycznego ego uwięzionego w karłowatym ciele i umyśle.

Przy okazji jednym ruchem udało mu się udowodnić, że katolicyzm to religia nienawiści. Taaak, ten gość z pewnością przejdzie do historii.

P.S. Oczywiście piję do dzisiejszych wydarzeń. Kto chce, to sobie poczyta, a kto nie chce, to nie ;)

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Skrzaty polskie

Stwierdzam, że mam w domu Podpieprzacze Znaczków Pocztowych. Normalnie, bezczelnie mi podprowadziły znaczki pocztowe szt. 2 z biurka. Wczoraj znaczki się walały, dziś zniknęły.
Najbardziej dokuczliwe są jednak Podkradacze Czasu. To przez nie doba jest znacznie krótsza niż 24 godziny i człowiek się nie wyrabia z tym, co ma do zrobienia. O odpoczynku już nawet nie wspominam. Jak się ogarnę, to stworzę natychmiast kolejną bezcenną ankietę ;)
A jakie Wy macie skrzaty w domach, biurach i zagrodzie?

czwartek, 29 lipca 2010

Marnotrawstwo

Nie macie czasami wrażenia, że marnujecie drogocenny czas? Robicie rzeczy głupie i nikomu nieprzydatne, podczas gdy inni się dwoją i troją, żeby pchnąć jakoś tę prymitywną ludzkość na tory choć zbliżone do nauki, techniki, kultury i takich tam...

Podczas gdy ja wykonuję czynności w niczym świata nie budujące, europoseł z pięknej Italii domaga się, by upubliczniono wszystkie raporty o UFO, żebyśmy nareszcie wiedzieli co i jak. W europarlamencie czekają też na niezbędną ilość podpisów takie inicjatywy jak ustanowienie światowego dnia produkcji lodów metodą tradycyjną, bez czego nasza cywilizacja leży w gruzach, a także uchwalenie dnia tych, którzy zginęli w pracy - u nas byłoby spore pole do fajnych wyczynów.

Gdy ja tak nic sensownego nie robię, pewien młody Włoch - tam upały straszne ostatnio - budzi całe miasteczko w środku nocy przygrywając na wuwuzeli. Podobno wyzwiska i ryki nic nie pomogły. Dopiero carabinieri wywleczeni z łóżek załatwili sprawę.
Pewien Francuz wynalazł łódź podwodną na pedały!!! Podobno prototyp został wynaleziony, a nawet zbudowany jakoś tak w 1772 roku, ale co tam!

Obudźmy się i weźmy się kurde za coś pożytecznego. Nie pozwólmy, żeby inni robili za nas!

P:S. W ankiecie o książkach wygrała Polska! Potem była Skandynawia, co mnie bardzo cieszy i Anglia, co też mnie zachwyca. Pora na nową ankietę ;)

środa, 28 lipca 2010

Dla idiotów

Widziałam świetną reklamę, a szło to z grubsza tak:

Jeśli na stole pojawia się coś naprawdę ciężkiego - tu wjeżdża półmisek z pokrojonym w plastry mięsem i na jego widok jeden pan krzywi się straszliwie - sięgnij po coś naprawdę mocnego - tu drugi pan uśmiecha się, robi porozumiewawczą minę, podnosi paluszek do góry (ta finezyjna mowa ciała) i sięga do szafeczki po flaszkę z ziołami bittnera. Tadam!

Przesłanie:
Obywatelu! Możesz się naowpieprzać jak dzika świnia, mieć potem wzdęcia, puszczać bąki i zdychać z przeżarcia, ale spokojnie! Ty żryj bez sensu, a my cię odratujemy! Ty mi daj szansę, ty kup te zioła!

Reklama dźwignią zidiocenia. Otwieram listę przebojów dla idiotów ;)

poniedziałek, 26 lipca 2010

Fantastyka obyczajowa

W związku ze zmasowanym atakiem groteskowej grozy i fantastyki obyczajowej nie tylko w samych serwisach informacyjnych, ale przecież - a może przede wszystkim - w życiu publicznym, wyjątkowo ostatnio bogatym, wycofałam się na pole literatury, bo tu przynajmniej najbardziej karkołomne wymysły tworzą świat. Całkiem spójny i wiarygodny, bo o to przecież w powieści chodzi. Zaczynam się w nim czuć bardziej komfortowo niż w tym psychiatryku naszej rzeczywistości.
Sprawiedliwie będzie dodać, że nie tylko "obiektywnej", ale tworzonej z wyjątkowym zapałem przez tzw. media i przeróżnych radosnych tworzycieli.

Kłopot w tym, że to, co tworzą zwyczajnie się nie trzyma kupy. Gdyby to była powieść, nie wiem, gdzie by się znalazł wydawca, który by chciał wpakować pieniądze w tak cudaczne i bezładne przedsięwzięcie. Można tworzyć fikcje, nawet jest fajnie tworzyć fikcje, z tym że czytelnicy nie tolerują fikcji głupich, nieprawdopodobnych i niewiarygodnych. Można im zaproponować świat, w którym rządzą inteligentne skorupiaki, a wyrazem miłości będzie obgryzanie czułek, gdzie władać będzie Złota Tulejka, a największym bogactwem naturalnym będą liczby... ale trzeba to wszystko złożyć do kupy.
Tam gdzie nic nie trzyma się kupy wkracza nędzna chałtura, przeważnie nudna i słychać tylko uporczywe bzyczenie much kompostowych.

środa, 21 lipca 2010

Całkowicie obiektywna ankieta

na temat przetrwania upałów złożona z reprezentatywnej grupy ludności wykazała, że jednak najlepiej siedzieć w jaskini z arbuzami.
Mnie się arbuzy trochę przejadły i teraz pożeram ogórki, pomidory oraz maliny starając się unikać zjedzenia wędrownego białka, które czasem występuje w malinach.

Ankieta czarno na białym wykazała, że nasze społeczeństwo jest całkiem zrównoważone, ponieważ opcji ekstremalnych smażenia się na plaży lub oglądania zdjęć z zimowych wakacji nie wybrał nikt.

Było po tyle samo amatorów siedzenia w fontannie w Rzymie, co smażenia kurzych odnóży i udawania, że upałów nie ma. To świadczy, że społeczeństwo mamy dojrzałe emocjonalnie. Zna ono własne możliwości, a także potrzeby i spełnia je konsekwentnie. I nie zmienia tego lekko eskapistyczna tendencja tych co to udają, że tylko ciepło.
Dumna jestem osobiście z grupy, która postanowiła być twarda i uprawiać sporty ekstremalne, zamiast kwękać, że w wyższej temperaturze człowiek się rozpada i może wyłącznie leżeć i się wachlować.

Ponieważ zaglądanie do powszechnie dostępnych informacji mogłoby nam zburzyć ten sielankowy obraz społeczeństwa, więc proponuję kolejną ankietę tym razem literacką. Siłą rzeczy będzie ograniczona rubrykami, ale zawsze można coś napisać w komciaczku ;)

niedziela, 18 lipca 2010

Wiadomości ze świata

Niedziela, więc mniej złych wiadomości w oficjalnych serwisach, za to więcej nijakich, bo już od dawna tylko zła wiadomość jest wiadomością. Dobrych - przynajmniej w rodzimych serwisach - nie ma. Jest źle, albo gorzej. Nie odnosimy sukcesów, bo to by była propaganda sukcesu. Cierpimy, walczymy, mordujemy się straszliwie i dobra jest do tego każda okazja.
Ale dziś trochę odpuściło.

Tymczasem suniemy sobie z naszym małym zadupiem w przepięknym kosmosie z oszałamiającą prędkością. Gnamy na złamanie karku nie wiadomo dokąd ani po co, a przede wszystkim dlaczego. Aż tu nagle w odległej galaktyce...


- Wziąłbyś się do jakiejś pracy, a nie tylko siedzisz w tym zaginaczu przestrzeni i kompletnie ci się już we łbie miesza. I przestań popijać ten ferment z legonów! Jalnia nie skoszona, rependy nie zrobione, a ty tylko leżysz macką do góry i jeszcze czekasz aż ci bebiad podetkam pod zys!

P.S. Zdjęcie z serwisu NASA. Oj dzieje się tej Nasie, dzieje ;)

piątek, 16 lipca 2010

Z życia krokodyli cz. 2 praktyczna

Krokodyle różańcowe istnieją. U nas, jak najbardziej. Skąd ten wniosek?

Wykonałam doświadczenie na własnym organizmie i zajrzałam na blog niejakiej Kataryny, która słynie z tego, że jest kobietą o jasnych poglądach propisowskich i projarosławokaczyńskich i wyraża je śmiało na własnym blogu. I fajnie, od tego są blogi, między innymi.
Nigdy bym jednak nie przypuszczała, że pisząc komentarz nie po myśli - bo niezgodny z poglądami większości - zostanę zeżarta przez krokodyle.

Już pierwszego dnia po moim komentarzu, miałam zaszczyt znaleźć się na 1 mscu listy 10 trolli. Jestem top trollką. Ta lista została powtórzona następnego dnia i to dwukrotnie, bo za pierwszym razem jej autor był tak rozemocjonowany, że umieścił na niej z rozpędu "swojego" :D
Ponieważ zostawiłam linka do bloga - tak właśnie tego - to zostałam oskarżona (poza trollizmem) o:
- pijaństwo
- kalanie świętego kościoła i działanie na jego szkodę
- lewicowe poglądy...
zmieszana z błotem, przeżuta, wypluta i zaorana. Części bełkotu w ogóle nie zrozumiałam, ale czego się spodziewać po takim diabelskim nasieniu jak ja?
Zastosowano do mnie miłość bliźniego swego i wyniesiono na ołtarze trollostwa. Nawiasem mówiąc żaden troll, który się wyzłośliwiał na tamtym blogu nie był tak ordynarny jak obrońcy tej Częstochowy.

Mam teraz poważne wątpliwości czy nie jestem oszukiwana od wielu setek, ba! tysięcy lat! Może te historie z pożeranymi przez lwy chrześcijanami to rzeczywistość równoległa, a ja znalazłam się w tej, gdzie rządzi - też święta - Inkwizycja?

W każdym razie teraz wierzę w to, że są rzeczy niemożliwe. No ze świętym nie pogadasz!

wtorek, 13 lipca 2010

Z życia krokodyli

Zaczynam już mieć dość udawania, że nic nie widzę w informacjach, a zwłaszcza całej afery o krzyże, o zmarłych, tego męczącego i bezwstydnego cyrku partyjno-katolickich fundamentalistów w naszym kraju. Czekam, kiedy po ulicach zaczną biegać goście w szpiczastych kapturach i tłuc niewiernych krzyżem po grzbiecie.
Upał, więc może przynajmniej część tej głupoty można zwalić na ścięte w mózgach białko, a może po prostu mózgów już nie ma?

Przez to wszystko zaczynam się radykalizować i nawet latam od czasu do czasu spojrzeć w lustro, czy mi przypadkiem od tej radykalizacji nie wyrosły jakieś dodatkowe kły, albo rogi na czole, a może coś mi przeciwnie ubyło, może wyłysiałam, bo jak wiadomo złość piękności szkodzi.

I nagle co widzę?

Pewien narąbany jak stodoła Australijczyk zapragnął pojeździć sobie na krokodylu różańcowym! Takie agresywne gadziny mają ci Australijczycy. Schlany jegomość wlazł do wybiegu w zoo, wskoczył na grzbiet krokodyla, ten mu w odwecie wygryzł kawałek łydki i puścił go luzem, zamiast zeżreć po całości. Bo - jak wyjaśnił właściciel zoo - była noc, chłodno i krokodyl był śpiący. Pijany to ma jednak szczęście.

A teraz puenta, czyli komentarz pod artykułem:

Jakby go dopadły nasze różańcowe krokodyle
na Jasnej Górze to na pewno by nie przeżył
~Zaklinacz węży

Zaklinaczowi węży zawdzięczam to, że nie wyrosło mi nic dodatkowego, nie wypadły mi zęby, nie wyłysiałam i w ogóle mi odeszło :)

poniedziałek, 12 lipca 2010

Potęga wyobraźni

Jeśli ktoś (np. ja) nie wyjechał jeszcze na wakacje, to nic nie szkodzi.
Zamykamy oczy i... jesteśmy w tropikach.
Adin, dwa... nie możesz ruszyć ręką ani nogą...
Tri, czetyry... oddychasz z trudem taka wilgoć...
Piat', szest'... nie możesz jeść...
Siem, wosiem... ziajesz jak prosię...

Ludzie! Kocham lato! :D

środa, 7 lipca 2010

Rytuały stare jak świat



Ten filmik - znowu nie wiem, jak podłożyć całość i podejrzewam, że musiałabym ściągnąć go na swój komputer, a nie chce mi się, więc oto LINK - krąży od dwóch dni nie tylko po you tubie ale po stacjach TV na całym świecie. Jeśli się przyjrzeć, to nietrudno stwierdzić, że żołnierze nie tylko mieli świadomość tego, że ktoś ich filmuje, ale nawet byli na to przygotowani
Jeśli zechce się Wam poczytać komentarze pod filmem, naczytacie się od: haha, ale śmieszne, do mordercy, tańczą, podczas, gdy inni umierają.

Chłopakom dostanie się po uszach to pewne, bo armia - żadna armia na świecie - nie ma poczucia humoru i jest wybitnie drażliwa na punkcie własnej powagi, honoru, misji... niepotrzebne skreślić. Ale mam wrażenie, że to co zrobili, zrobili świadomie. Licząc się z konsekwencjami.
Takie zdjęcia były pokazywane z baz w Iraku, był film "Good morning Vietnam", był genialny "Pluton". Tam też żołnierze pili, tańczyli, ćpali, walczyli. Walczyli w swojej i nieswojej sprawie.

Ludzie wymyślają rzeczy mądre i głupie. Z całą pewnością taniec jest mądrzejszy niż wojna.

niedziela, 4 lipca 2010

Dlaczego faceci uprawiają seks z nieswoimi kobietami?

Poza oczywistą przyjemnością wynikającą z samego uprawiania seksu, ma się rozumieć ;)

Przeczytałam bardzo ciekawą wypowiedź pewnego pana, na męskim forum. W skrócie było to tak: bardzo kocha swoją żonę. Od kiedy żona urodziła dziecko w ich sypialni powiało chłodem, ponieważ żona się czuje spełniona jako kobieta. Ma więc wieczne bóle głowy, odczuwa permanentne zmęczenie itp. po to, żeby nie sypiać z mężem częściej niż raz na dwa tygodnie, a kiedy już dochodzi do czegokolwiek, to ona po prostu czeka, aż się "to" skończy. Tak się dzieje teraz, choć dziecko ma już 3 lata, a gość odczekał, tłumacząc sobie przez te 3 lata, że z pewnością faktycznie zmęczona. Ale po 3 latach nie jest lepiej, jemu seks 2 razy w miesiącu nie wystarcza. Poszedł więc do burdelu. I chodzi tam regularnie, choć jak pisze, po wizycie, niby hormony cichną na chwilę (to mężczyzna, więc nie cichną na dłużej niż na 1-2dni), ale siada mu psychika. Czuje się brudny, podły i w ogóle się czuje parszywie.

Od jakichś 50 lat z okładem cały świat wie, że kobiety przeżywają w każdym miesiącu burzę hormonalną, której apogeum przypada raz na cykl i - w zależności od przypadku - albo nic się nie dzieje, albo nie należy podchodzić. Nadal jednak pierwszą reakcją na męski "skok w bok" albo pójście do burdelu, będzie: no tak! tacy są faceci! Zupełnie jakby hormony były tylko damskim przywilejem i kobiety usprawiedliwiały, a panów pogrążały.

Myślę, że o tyle trudno panom sobie wyobrazić, co może czuć inteligentna osoba, która właśnie zrobiła karczemną awanturę z powodu przewróconej szklanki, po czym zdała sobie sprawę z tego, że jest tylko marionetką w rękach Władcy, co paniom trudno wykombinować, jak się może czuć ktoś, kto ma stale wysoki poziom testosteronu i nie panuje nad głową, która sama mu się obraca za ładną dziewczyną, albo co gorzej nie panuje nad antenką, która zaczyna dyrygować jego życiem.

A gdzie rozum? Otóż właśnie! Są chwile, kiedy wszyscy jesteśmy go pozbawieni. Trzeba włożyć pewien wysiłek w to, żeby go odzyskać i mieć dużą świadomość, żeby w chwili szalonej furii albo dzikiego pożądanie, powiedzieć sobie:
- Spokojnie kolego/koleżanko, to tylko hormony.
Zwłaszcza, że jeśli sytuacja się przedłuża albo powtarza, to przecież nikt nie jest maszyną i cała rzecz odciska się bardzo poważnie na psychice.
Sprawa jest delikatna. W skrajnych przypadkach mamy do czynienia z "niewolnicą miłości" i facetem, który się szlaja po burdelach. A opisana sytuacja wcale nie należy do wyjątkowych. I raczej trudno jest przekonać kogoś, komu się seks nie podoba, że to frajda. Zresztą pozbawienie ludzi seksu, choćby to był dobrowolny celibat, też się nie kończy dobrze, o czym sobie można poczytać w serwisach informacyjnych właściwie każdego dnia.

Bądź tu człowieku mądry i pisz wiersze! Ale jednak jakimś cudem udało nam się przetrwać ;)

P.S. to oczywiście tylko jedna z przyczyn. Powodów dla uprawiania seksu z nieswoją kobietą lub nieswoim mężczyzną może być tyle... ile ludzi uprawiających ;)

czwartek, 1 lipca 2010

Wielki Bileter i spółka

*
"Co Jeść, Aby Schudnąć ?"

Lista Pokarmów Spalających Tłuszcz: Schudnij [11 kg] Jedząc Ile Chcesz!
*
Kto wygra wybory?

My to już wiemy, zbadaliśmy IQ kandydatów. Czy ty znasz swoje ?
*
Wyposażenie Łazienek WEMA

Wyposażenie Łazienek na Wysokim Poziomie - Sprawdź Nasze Kolekcje!

Jeśli komuś z Was wydaje się, że zwariowałam, to dementuję niniejszym wszelkie wariactwo i nie chcę słyszeć, że "każdy wariat mówi, że jest normalny". To, co widać powyżej, jest dołączoną - automatycznie przez Google - reklamą do artykułu o drugiej debacie panów chętnych na prezydenta.
Reklamy Odrzeczy czyli Google AdWords dobierają się same w zależności od treści i tagów zawartych w publikacji. I uważam, że fantastycznie oddają zawartość merytoryczną oraz ideową przesławnej debaty, przesławnych kandydatów. Wiem teraz, że prezydent w Polsce jest np odpowiedzialny za cenę biletów komunikacji publicznej, emerytury i całą kupę innych takich.
W sumie może byłoby taniej zwolnić całą resztę, co osobiście postuluję od dawna i niech się gość zajmie wreszcie nami wszystkimi.
Może i schudniemy, ale za to jakie każdy będzie miał IQ i łazienkę! No i niewątpliwie będzie taniej.
Jak się całkiem nie popieprzy, to się chyba nie polepszy ;)

wtorek, 29 czerwca 2010

Dlaczego faceci plują?

Czy istnieje racjonalne wytłumaczenie tego rytuału, który występuje w wielu różnych sytuacjach oraz odmianach, czyli technikach plucia?
Opisów Wam oszczędzę, ale idę o zakład, że jak trochę wytężycie wyobraźnię, to od razu ujrzycie oczyma wyobraźni siarczyste splunięcie piłkarza - ostatnio wyraźnie i często widoczne na ekranach TV - albo flegmatycznie i twórczo rozłożone w czasie spluwanie (to cały proces) podwórkowego filozofa.

W każdym razie częściej plującym osobnikiem jest facet. Kobiety praktykują ten rytuał znacznie rzadziej i stanowczo w innych celach. Np. w grę wchodzi cel wychowawczy. Plucie pobudza u niektórych widok młodej i zgrabnej panny w ZAWSZE przykusej spódnicy. Możemy też mieć do czynienia z rytuałem plucia przez lewe ramię, żeby odegnać złe. Rzadziej z przesądem typu plucie na widok zakonnicy, żeby odegnać pecha.
Ale tak naprawdę damskie plucie to zachowanie jak najbardziej w sumie zgodne z naturą człowieka, bo w pierwszym przypadku chodzi przecież o odwieczną walkę o samca (przetrwanie szczytny cel), a w drugim o odczynienie uroku. I to rozumiem.

Dlaczego jednak plują faceci? W dodatku czasem niezwykle precyzyjnie, jakby szło o coś bardzo ważnego.
Jakieś wyjaśnienia?

niedziela, 27 czerwca 2010

O słowach

Słowa nie przestają mnie zadziwiać, choć zajmuję się nimi zawodowo i dzień w dzień, a może właśnie dlatego. Trudno właściwie powiedzieć, czy to ludzie wymyślają słowa, czy też słowa pchają się do ludzi, w każdym razie dobór odpowiednich słów do odpowiednich sytuacji, ludzi oraz ich stanów emocjonalnych - bo tu jest największe pole do popisu - jest przebogaty. Pomysłowość w tej dziedzinie chyba się nigdy nie wyczerpie.
Obejrzałam sobie wczoraj w TV polski film "Ciało". Trochę wbrew sobie, bo już dawno się zniechęciłam do polskich produkcji, ale zarazem rozbestwiona kilkoma naprawdę fajnymi i śmiesznymi (co wcale nie jest oczywiste) rodzimymi komediami nadal żywię nadzieję, że jeszcze coś w tej dziedzinie powstanie.
I to "Ciało" nawet ma kilka zabawnych momentów, niezłe miejscami dialogi, szkoda, że jest sporo "pomysłów" zaczerpniętych z innych filmów, bo przez to traci na oryginalności. Mogłoby być naprawdę niezłą czarną komedią, ale coś autorzy przegapili.
Mniejsza z tym. W każdym razie dialogi niezłe, a język barwny. I w pewnej rozmowie - generalnie o tym, że człowiek kulturalny, to ma jakieś zainteresowania poza chlaniem, padło hasło-zarzut. Jeden pan zwrócił się do drugiego pana, który miał pasje właśnie dość jednostronne i ograniczone per:
- Worze!
Wór rozbawił mnie do łez, ale też muszę przyznać, że jest to słowo wymarzone do celu, w jakim zostało użyte. Wór może być pusty i zwisać sobie nędznie i pokracznie oddając stan umysłu tegoż "wora" albo może być wypchany wszelakim śmieciem. Oba wory są wymowne. Na pewno każdy ma własne skojarzenia ze stanem wora :)
Wydaje mi się w każdym razie wyjątkowo obelżywy, choć przecież wcale nie jest wulgarny.
P.S. Mam ostatnio wrażenie, że mowa uliczna się leciutko sublimuje. Oczywiście przecinki nie wyszły z mody, ale powstaje sporo zabawnych określeń, wcale nie wulgarnych, a niezwykle wymownych. "Zajebisty" nadal robi zawrotną karierę i chwilowo pozostaje chyba bezkonkurencyjny :)

środa, 23 czerwca 2010

Paczaj mie w kulę, będę mówić wyraźnie

Jako osoba upierdliwie dociekliwa i cięta na przejawy bałwaństwa, kiedy tylko zobaczyłam artykuł poświęcony przewidywaniom wróżbitów w sprawie wyników wyborów, zapisałam sobie szybciutko adres w zakładkach.
Do jakiego stopnia bredzenie jest sprawdzalne proszę oto link:
http://wiadomosci.onet.pl/1614453,720,1,kioskart.html
Wypowiedziały się 4 osoby. 2 nie przewidziały nawet II tury, o co było nietrudno znając przepisy regulujące wybór prezydenta. Dokładnie 2:2. Tu kłania się Statystyka, Wielka Matka Kombinacji zgodnie z którą policjant z psem mają po 3 nogi.
Moją faworytą, jeśli chodzi o samą wypowiedź, bo już odpadła z zawodów była pani "pisarka i wróżbitka Maria Bigoszewska. - Jak rozłożyłam karty, to aż się przestraszyłam - wyjawia. - Kaczyński nie wygra, ale muszę powiedzieć, że Komorowski zwycięży w pierwszej turze ledwo, ledwo".

Ja się nie pokuszę o wróżenie, ale choć nikt z wróżów tego nie powiedział, jest bardzo, ale to bardzo prawdopodobne, że wbrew myśleniu życzeniowemu wygra pan Jarosław, Back-up Prezydenta Kaczyński z tej prostej przyczyny, że elektoratowi inteligenckiemu się nie będzie chciało pójść na II turę wyborów, bo ma, on elektorat wszystkich panów po kokardę, za to pójdzie elektorat dyżurny, o którym przy poprzedniej notce Kama Senna wspomniała, że na pytanie: dlaczego głosowała pani na Kaczyńskiego?, odpowiedział: "Ne wiem, mówili żeby na niego głosować "

No dobra, rzućmy okiem na tę kulę ... Tu telewizja EZO Biznes. WróżBy za darmo. Koszt sms-a....

P.S. Swoją drogą takie artykuły świetnie oddają rodzaj informacji, z którymi mamy do czynienia w naszych serwisach ;)

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Demokracja

to taki sprytny system, w którym ci, którzy dyrygują resztą wmawiają tej całej reszcie, że działają zgodnie z wolą większości. Mnie się to jakoś niekoniecznie zgadza, bo gdyby się zgadzało, to byłby u nas chociażby inny system lecznictwa, nie byłoby feudalnego ZUSu, ludzie by się ubezpieczali, gdzie by chcieli, zmieniono by wiele, wiele rzeczy, na które ludziska - większość śmiem twierdzić - narzeka.
A tu kiszka. Jest demokratycznie.
Przed nami 2 runda audiotele, czyli wolno nam wybrać teraz jedną z dwóch odpowiedzi:
frędzel to:
- dzyndzel
- miasto w Ameryce Południowej

Cieszymy się nieustającym szacunkiem naszych wielkich.

P.S. Gdyby Daviemu chciało się pisać, jak mu się nie chce, to by jeszcze mógł powiedzieć, że miał na karcie do WYBORU - 1, słownie JEDNO! nazwisko gościa kandydującego do senatu. Czegoś takiego nawet najdurniejsze audiotele nie organizowało dotychczas.

czwartek, 17 czerwca 2010

Pączkowa ankieta

została niestety popsuta przez google, ale to nie przeszkodzi nam oczywiście wyciągnąć budujących wniosków, z których wynika, że:
policjanci w amerykańskich filmach pączki jedzą albo nie, w zależności od tego, jak mają napisane w scenariuszu i proporcjonalnie do stopnia własnej łagodności.
Nie ma też pewności, czy to, co jedzą to na pewno pączki.

W oczekiwaniu na kolejną bezcenną ankietę, proponuję lekturę drugiego rozdziału powieści obyczajowej, której akcja toczy się w Dyrdymałach, a którą przeniosłam do Nietoperza, bo tam jest jej miejsce:

Jakieś pomysły w związku z tytułem? A z propozycji zrobimy następną ankietę. Może nam się nie popsuje ;)

wtorek, 15 czerwca 2010

Historia na razie jeszcze bez tytułu

Woda płynęła szerokim strumieniem. Porywała za sobą bezlitośnie wszystko, co stanęło na jej drodze. Po dwóch tygodniach deszczu spływające z gór potoki zmieniły się w dziki żywioł, który niszczył, wyrywał, szarpał, tarmosił i porywał. Wały ziemne nic nie pomagały, mosty ledwo zipały pod naporem wściekłej, spienionej brei.
Mara spojrzała na swoją suknię zabrudzoną błotem. Delikatne koronki wyglądały jak psu z gardła wyjęte. Próbowała je choć trochę wygładzić i przyklepać na długich nogach, ale bez większego powodzenia. Nienawidziła wyglądać byle jak. Wiedziała, że nic tak nie dodaje kobiecie uroku jak ładny strój i pewność siebie. Teraz przynajmniej jeden element odpadał. Trudno, trzeba będzie coś z tym zrobić. Wyjęła z błota pantofelek i z westchnieniem rozejrzała się wkoło. Część grobów była zdewastowana. Walały się wieka albo drzazgi po wiekach od tych tańszych, tandetnych trumien, ale nie było widać mieszkańców cmentarza. Czyżby się pochowali w grobowcach bogaczy albo w krypcie?
Nagle z tyłu znad samej skarpy rozległ się przeraźliwy wrzask i dało się słyszeć skwierczenie. To skwierczał wąpierz, który wypełzł nieopatrznie na powierzchnię, albo zostały wymyty. Nie było co do tego pewności. W każdym razie nie powinien był się pokazywać na zewnątrz, bo choć ciągle padało, noc jeszcze nie nastała. Jazgocząc paskudnie i dymiąc wąpierz pędził w kierunku jednego z dwóch najokazalszych grobowców w nadziei, że tym razem jeszcze zdoła uratować swój nędzny nieżywot. Mara patrzyła za nim ze złością i pomyślała, jaka to straszna szkoda, że nie skomli tak ta wredna, ruda Lamia, która się zawsze starała odbić któregoś z jej kochanków. Lamii jednak nie zagrażało światło dzienne. Może chociaż woda zniszczyła i jej sukienki?
Mara stanęła na imponująco długich nogach. To im przede wszystkim zawdzięczała zainteresowanie mężczyzn. a także wiotkiej talii, jasnej skórze, prawie przezroczystej, długim, czarnym włosom i powłóczystemu spojrzeniu. Spowijała ją atmosfera zmysłowości, zagadki i obietnicy. No i Mara pchała się do łóżka. Taką miała naturę, a tej prawie żaden mężczyzna nie potrafił się oprzeć. To dlatego tracili dla niej głowy. Niektórzy dosłownie, jeśli Mara nie żywiła się przez dłuższy czas. Czasami najzwyczajniej w świecie zapominała się z głodu i wtedy chłeptała nieco zbyt dużo. No cóż, shit happens, jak mawiał lord Drake. Ciekawe, gdzie był teraz ten domniemany Anglik z wyższych sfer.
Z obrzydliwym ciamlaniem Mara postąpiła kilka kroków. Pantofelki grzęzły w błocie i trudno było się poruszać po zazwyczaj spokojnym cmentarzu w Dyrdymałach, niewielkiej wsi, niegdyś należącej do hrabiego Pąckiego. To była jednak daleka przeszłość i nie należało nią sobie zaprzątać głowy zwłaszcza w obliczu szalejącego żywiołu. Żywioł tymczasem szalał jak nigdy wcześniej, odkąd Mara, siódme dziecko rejenta i panny z dobrego domu, oddana w dzieciństwie na nauki do szkoły prowadzonej przez zakonnice, a potem żona miejskiego rajcy, ale przede wszystkim kochanka prawie całej męskiej części rady miejskiej, zeszła z tego świata i zamieszkała w miejscowych zaświatach, a konkretnie na cmentarzyku w Dyrdymałach. O ile już wcześniej cmentarzyk nie był specjalnie okazały, to teraz brakowało go w dobrej jednej trzeciej. Leżący na skarpie nad zwykle nieszkodliwą i spokojną rzeczką, był częściowo podmyty. Skarpa urywała się gwałtownie, a w dole burzyła się spieniona i brudna woda. W zapadającym zwolna zmierzchu było widać coraz gorzej, ale Marze się zdawało, że dostrzega jakieś kości. Pewnie nieboszczyk, który dokończył żywota i zamiast się cieszyć urokami zaświatów, pozwolił się pożreć robakom. Nie warto było teraz rozważać, czy to lepsze rozwiązanie, czy też gorsze niż to, które spotkało Marę i kilku innych umrzyków. Należało ich raczej odnaleźć i to szybko, bo deszcz nie ustawał. Jeśli tak będzie wymywać cmentarz, to co się z nimi stanie? Mara chwyciła pantofelki w garść i przytrzymując koronkową suknię utaplaną błotem ruszyła dziarsko w kierunku budowli z kamienia.
Dwa kamienne grobowce stały obok siebie w tej lepszej części cmentarza. Oba piętrowe nie wiedzieć czemu, zupełnie, jakby nieboszczyk nie miał nic lepszego do roboty, jak ganiać po piętrach. Właściwie musiałby latać, bo schodów nie było. W sumie chodziło tylko o rozmiar, o przewagę. Choćby i po śmierci. Obaj fabrykanci konkurowali między sobą przez całe życie i – o, ironio! – ten, który zmarł jako drugi, miał wreszcie szansę na większy grobowiec niż imponująca budowla chroniąca doczesne szczątki jego odwiecznego konkurenta i wroga. Tak to sprawiedliwości stało się zadość, a zmagania obu wielkich mężów i ich ambitnych rodzin przeniosły się w zaświaty. Zyg, zyg marcheweczka. Jedyny pożytek z grobowców był taki, że umarlacza społeczność cmentarza w Dyrdymałach mogła się tam spotykać nie strasząc okolicznych mieszkańców włóczeniem się po nocy. Mara przeczuwała, że tym bardziej teraz, kto nieżyw, tam właśnie się schronił.
Pchnęła ciężkie, zdobne okuciami drzwi do grobowca. Powitało ją radosne szczekanie Fafusia, białego szpica świętej pamięci hrabiny Pąckiej. Również Fafuś wyglądał mniej elegancko niż przez ostatnie dziewięćdziesiąt lat. Sierść miał zmierzwioną i posklejaną, ale humor psinie dopisywał jak zwykle.
- Fafulki moje, wracaj do pańci! – hrabina unosiła się nad posadzką ze szczotką w ręku. – Wyczeszemy futerko, nio, nio, malutki.
Hrabia uniósł delikatnie brew. Szanowna małżonka okazywała czułość swojemu pupilkowi w sposób nieco egzaltowany, ale hrabia już dawno zdążył się do tego przyzwyczaić. Hrabina była w ogóle niezwykle życzliwą osobą, choć czasem lubiła wetknąć szpilę. Westchnął tylko pogodzony z losem i uśmiechnął się do Mary.
- Witaj, moja droga. Jesteśmy prawie w komplecie.
Mara potoczyła spojrzeniem po obecnych. Poza hrabiostwem był tu wąpierz Szymon, którego dopiero co widziała skwierczącego na cmentarzu, martwiec Wiktor i jego wierny ghul, ruda Lamia, Sylvio, który najwyraźniej szykował się do wyjścia, strzyga Monika zajęta piłowaniem swoich ptasich szponów i Tamara, wyjątkowej urody sukub. Mara lubiła Tamarę, choć była ona dla niej konkurencją, ale miała łagodny charakter, jeśli nie liczyć podsysanych z krwi młodzieńców i była miła wobec własnego gatunku. W przeciwieństwie do Lamii. Mara z przyjemnością zauważyła, że suknia Lamii była równie sponiewierana przez wodę i błoto jak jej własna. Choć tyle!
- A gdzie Stefan i Alonzo? – spytała Mara.
- Ten nicpoń Alonzo znowu wyciągnął Stefana na wódkę – odparł zatroskany hrabia. – Wykończy mi nieboraka pijaczyna przeklęta.
- Gdyby Stefan nie chciał pójść, to by nie szedł – zauważyła chłodno i logicznie hrabina. – Zawsze same z nim kłopoty. Ostatni do roboty, pierwszy do kieliszka. Nie wiem po co go trzymasz.
- Już go nie trzymam od dobrych dziewięćdziesięciu lat – odgryzł się hrabia.
- A Drake? – Mara nie lubiła, kiedy Pąccy się kłócili w obecności innych upiorów. Uważała to za brak ogłady.
- Nie widzieliśmy go od trzech dni – stwierdziła hrabina wyczesując starannie sierść swojego pupilka.
- Kiedy ja go widziałam ostatni raz – włączyła się do rozmowy Monika – usiłował przekonać proboszcza, że należy mu się miejsce w krypcie.
- I co? – zainteresował się Szymon, który również uważał kościelną kryptę za miejsce godziwe i bezpieczne dla wampira.
- Zapomnij – ucięła Monika. – W proboszcza Mątwickiego jakby sam diabeł wstąpił. Wrzeszczał jak szalony, biegał z kropielnicą i groził, że sprowadzi egzorcystę, żeby wreszcie położyć kres bezhołowiu umarlaków. O nas tak mówił, wyobrażacie sobie?
- Ba! Właściwie trudno mu się dziwić – zauważył przytomnie martwiec Wiktor.
- Yyyyyy – przytaknął inteligentnie ghul.
- Tak czy inaczej mamy poważny problem. Nasze groby są zniszczone, połowa cmentarza zniknęła i proboszcz będzie musiał zrobić z tym porządek. My tymczasem zostaliśmy na lodzie. Na pomoc gminy raczej nie mamy co liczyć, a mój majątek już dawno temu uwłaszczony – podsumował gorzko hrabia.
- Chyba miałeś na myśli mój majątek? – rzuciła kąśliwie świętej pamięci małżonka.
Hrabia machnął tylko ręką.
- Trzeba się ułożyć z proboszczem. W krypcie jest dużo miejsca i każdy znajdzie dla siebie przytulny kąt. No chyba, że się przeniesiemy do pałacu. Ale wtedy przyjdzie nam mieszkać z samym urzędem.
- To nie jest takie złe rozwiązanie – zauważyła Lamia. – Będzie dostęp do świeżych urzędników.
- Wolę ich dopadać po zmroku. – zauważyła Monika. – Tam strasznie dużo ludzi się plącze przez cały dzień. Hałasują, łażą. marudzą. I nie lubię, kiedy wrzeszczą na mój widok. To mnie stresuje.
Tamara ze współczuciem objęła paskudę.
- Nie przejmuj się, Moniko. Ludzie są tacy nieodpowiedzialni.
- W każdym razie musimy się zdecydować krypta czy pałac. Budowa nowego cmentarza chwilę potrwa. Potrzebne nam wygodne lokum, a tu się nie mieścimy i nie ma co tracić energii na daremne kłótnie. Osobiście jestem za kryptą – hrabia podniósł palec do góry.
- Ja w zasadzie też – przychylił się Wiktor de hrabiowskiej decyzji. – Ale może zaczekajmy z podjęciem ostatecznej decyzji, aż wrócą Alonzo i Stefan. Może i lord Drake znajdzie się do tej pory.
- No to tymczasem – wystrojony Sylvio wychynął z mrocznego zakątka. – Jak zdecydujecie, to mi powiedzcie tylko. Jestem za.
- Tak ci spieszno? Może raz zostaniesz i wysilisz mózgownicę? Głową też czasem można popracować, a nie tylko ganiasz za tymi babami – hrabia czuł się w obowiązku strofować młodego.
- O, przepraszam. To dama a nie baba. Zaniedbywana mężatka ściślej rzecz biorąc – fuknął urażony Sylvio. – A mnie wzywa obowiązek i natura podróżnika!
- Taaa. To ta natura doprowadziła cię tu, gdzie jesteś. Gdyby mąż nie wrócił wcześniej z podróży, to może twoje kosteczki już by dawno popłynęły z nurtem rzeki, a ty nie szwendałbyś się po nocach za babami – zauważył Wiktor.
- Hyhyhyhy – ucieszył się ghul.
- Paszła, tępa pokrako – rzucił Sylvio zakładając bardzo szykowną skórzaną kurtkę. – Wracam szybciutko. Na pewno i tak niczego nie wymyślicie do tego czasu.
Kiedy Sylvio otworzył drzwi grobowca, do wnętrza wdarł się kolejny podmuch wiatru i strugi deszczu. Fafuś szczeknął z dezaprobatą.
- Jak ich spotkam w mieście, to powiem, żeby szybko wracali na naradę – rzucił jeszcze Sylvio i zamknął ciężkie drzwi.
Na chwilę w grobowcu zapanowała cisza i słychać było tylko szelest przypalonej skóry łuszczącej się z wąpierza Szymona. W tej ciszy szelest brzmiał irytująco.
- Może powinieneś zajrzeć do babki Maćkowiakowej? – zauważyła niby to życzliwie Lamia. – Da ci jakiejś mikstury i przestaniesz się łuszczyć.
- Tak, żeby mnie zamieniła w ghula? – Szymon poczuł się wyraźnie urażony propozycją. – Babka już stara, wszystko jej się we łbie miesza. Myli formuły, mikstury, zaklęcia. Nie chcę być jak ten tu idiota.
Wskazał ruchem brody na ghula.
- Yyyyy – zauważył trupojad widząc, że zebrani skierowali na niego swoją uwagę.
- Nie ma się co kłócić. Teraz musimy być zwarci i solidarni – przemówił hrabia.
- Niby słusznie – zauważył Wiktor – ale gadasz pan hrabia jak jaki związek zawodowy a nie jaśnie pan.
- Nie ma się co czepiać szczegółów – prychnął hrabia.
Zaś hrabina natychmiast skorzystała z okazji:
- Zawsze miał socjalistyczne ciągoty. Ledwo obroniłam majątek za życia.
- Może właśnie dlatego cię w końcu utłukli i majątek odebrali – zauważył hrabia z przekąsem.
- Pfff... – Pącka wzruszyła ramionami.
- Ja też bym wolała kryptę – odezwała się Mara ucinając kłótnię i wracając do tematu. – Niepostrzeżenie się nie da, Trzeba się zastanowić, jak proboszcza Mątwickiego przekonać.
- Może Alonzo zrobi nowe witraże? A my wyremontujemy kościół?
Tamara miewała czasem dziwne, ale trafne pomysły. W końcu Alonzo był artystą i to zdolnym. Stoczył się przez pijaństwo, teraz jednak nie groziło mu, że stoczy się jeszcze bardziej. A nawet jako nieboszczyk lepiej znosił działanie alkoholu. Może po śmierci odnajdzie swoją drogę artystyczną?
- Rozpije wikarego na amen – zachichotał Szymon. – Ale warto spróbować.
Świst wiatru na zrujnowanym cmentarzu przybrał na sile, a w niewielkim okienku grobowca zatrzęsły się szybki z grubego szkła. Przynajmniej te, które się jeszcze uchowały. Nawet tu słychać było szum wody niewinnej niegdyś rzeczki, która przemiesiła się w rwący żywioł i zabierała ze sobą wszystko, na co natrafiła po drodze.
Mieszkańcy cmentarza w Dyrdymałach musieli się mocno spiąć, jeśli chcieli przetrwać wściekły atak Matki Natury.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Wyprzedaż

Jestem tak źle nastawiona do rzeczywistości, jak dawno nie byłam. Czuję się przymusowo zaproszona na wielką wyprzedaż, gdzie mam do wyboru rzeczy, które od dawna dobrze znam i jeśli ich do tej pory nie kupiłam, to nie bez przyczyny. Wykłada mi się na ladę:
stary płaszcz z przykrótkimi rękawami,
sweter, co się dawno popruł na szwach,
spodnie uszyte koślawo,
jaskrawe bolerko,
szpetną spódniczkę
i pantofelki dla lachona oraz kilka innych badziewnych rzeczy.
I po pańsku mówi mi się: wybieraj.
W dupie z takimi wyborami. Chcę rzeczy ładnych, w dobrym gatunku i w dobrym guście, a te stare szmaty wybierajcie sobie sami!

P.S. Prywata będzie: proszę zajrzyj tutaj i kliknij całkiem subiektywnie, co Ci się podoba a co nie. A jak Ci się nie chce, to nie zaglądaj i nie klikaj w ankiecie ;)

czwartek, 10 czerwca 2010

Pechowi filozofowie

Pogrążona jestem teraz w siedemnastowiecznych Chinach i niejakim Wangu Fuzhi, u nas kompletnie nieznanym, ale co my tak naprawdę wiemy o Chinach? :) Na pocieszenie mogę powiedzieć, że wielka Europa też niewiele wie, choć to żadne usprawiedliwienie dla nas.

Siłą rzeczy mam więc nastawienie kontemplacyjne do świata i ludzi i stwierdzam, że:
filozof ma przechlapane, bo czego nie wymyśli i nie wyjaśni, to ludzie i tak przekręcą.
Taki np. Fryderyk Nietzsche. Czy to jego wina, że pokochał go Adolf Hitler?
Tak się paskudnie złożyło, że Hitlera kojarzyło więcej ludzi niż Nietzschego, niestety i choć ten drugi był pierwszy, to na koniec okazał się drugim i najpierw było hasło Hitler, a potem dopiero Nietzsche.
Wyszło na to, że Nietzsche został ideologiem faszyzmu, co jest wielkim nieporozumieniem. Co najmniej.

Podobny los spotkał Wanga Fuzhi, który, jak wspomniałam żył w XVII wieku, bardzo trudnym okresie dla Chin, które wtedy zostały rozjechane, dawna dynastia upadła, a obce ludy stepowe (których my i tak nie odróżniamy, ale dla Chińczyków byli bardzo obcy - założyły dynastię mandżurską i nakazały noszenie warkocza! Hańba najstraszliwsza dla Chińczyków! Ten warkocz, który widzicie w starych filmach kostiumowych kung-fu to kwintesencja poddania Chin obcej władzy.
Wang bardzo nad tą niewolą ubolewał i myślał, i myślał, i pisał, aż powstał z tego system, który po latach określono jako filozofię "nacjonalistyczną". A należy rozumieć ten termin jako... powiedzmy w dużym uproszczeniu ideologię nie całkiem nieprzychylną obcym, którzy nas najechali, zagrabili i chcieli wytrzebić naszą kulturę. W sumie, dlaczego mielibyśmy im być przychylni? Bardzo też pan Wang podkreślał zależy rdzennie chińskiej myśli i kultury.
Z tego też powodu Wanga Fuzhi ukochał sobie szczególnie znacznie późniejszy przywódca Mao i tak się porobiło, że jeśli już ktoś słyszał o Wangu, to przeważnie w kontekście - "maoistyczny filozof". A jaki on może być maoistyczny, skoro znacznie wcześniejszy? Taki sam pechowiec jak Nietzsche.
I bądź tu człowieku filozofem!

P.S. Ludzie to w ogóle czasem słyszą coś innego, niż mówimy. Albo my mówimy coś innego, niż oni słyszą. Tak czy inaczej, nikt nas nie słucha ;)

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Panna Marple i inne detektyfki

Przeczytałam polecany przez koleżankę Pieprzową "Trzeci znak" islandzkiej autorki, której nazwisko jest znacznie łatwiejsze do wymówienia niż nazwa wulkanu i brzmi Yrsa Sigurdardottir i bardzo dobrze zrobiłam, że przeczytałam. Czyta się zresztą jednym tchem, więc nie mam aż tak wielkiej zasługi, a nazwy są o wiele prostsze niż się przyzwyczailiśmy. I tak oto wulkan, który tam się pojawia przelotnie to Hekla.
Prawda, że jak się chce, to można prościej?
Nie opowiem fabuły, bo wtedy nie ma frajdy z czytania, a warto. Za to pomyślałam sobie, jak daleko odbiega obecnie typ takiej pani detektyw w porównaniu do jednej z pierwszych kobiet-detektywów czyli panny Marple. Kurczę zupełnie inne czasy. Ta nowoczesna bohaterka jest matką, bywa też kochanką i jak to kobieta zajmuje się nie tylko pracą, garami, dziećmi, ratowaniem świata, ale i detektywuje w wolnych chwilach.
Troszkę oszukuję, bo to śledztwo akurat prowadziła w ramach pracy, choć nie jest policjantką tylko prawniczką.
A właśnie! Nie znam książki o dzielnej policjantce. Ani komiksu. Jakoś żadna kapitan Żbik mi nie przychodzi do głowy.
Historia jest pokręcona, z czarownicami w tle, "Młotem na (te) Czarownice", szurniętymi pomysłami bogatych i mniej bogatych bachorów, zdradzie i zemście zza grobu, a jednak nie widzę w niej zapowiadanej na okładce mrocznej mroczności. No chyba, że historyczna mroczność.
Nawet się zastanawiałam, dlaczego tak się stało, bo w sumie możnaby to samo napisać jako dzieło straszliwe, straszące i ponure. I doszłam do wniosku, że na brak mroczności wpływają chyba język autorki, lekki, prosty i zabawny oraz sama postać głównej bohaterki, która zajmując się tą dziwną sprawą stoi tak mocno na ziemi - bo tego od niej wymaga życie codzienne, choćby rodzinne - że w efekcie ma gigantyczny dystans do największej mroczności nie z tego świata.
I to mi się bardzo spodobało, mam na myśli typ bohaterki (nowoczesna, bystra, samodzielna - a jednak! - kobieta ;) przyłapana na tym, jak funkcjonuje między pracą, choćby w jej najdziwaczniejszych przejawach, a życiem.
Morał: prawdziwa kobieta mroczności się nie boi!
Bo jakby nie ma kiedy ;)