piątek, 29 lipca 2016

Głos (2)

- Pyszne – Magda ładowała do buzi kolejną porcję zieleniny. Oblizała się, otarła sos skapujący jej z kącika ust i znów nabrała zielsko na widelec.
Dziobnęłam niechętnie rukolę. Gorzkie świństwo. Po co je wrzucili do sałatki? Byłaby znacznie smaczniejsza bez tego.
- Jutro pójdziemy razem na zajęcia, dobrze? Ostatnio jesteś ciut nieswoja. Trochę więcej ruchu na pewno ci się przyda.
- Dopracowuję plan. A co? Wyglądam na ponurą? – przełknęłam rukolę. Dobrze, że jakaś litościwa dusza wrzuciła pomidorki koktajlowe do zagryzienia paskudztwa.
- Nie tam, zaraz ponurą. Chodzi mi to, że wysiłek fizyczny oczyszcza umysł, wiesz. To pomaga.
- Tak, wiem.
- Jedzenie też jest ważne.
- Tak, wiem.
- No dobra, pokaż kieckę.
Wyciągnęłam torbę z łupem w jej kierunku. Magda starannie wytarła palce w serwetkę i już sięgała po torbę, ale w ostatniej chwili jednak zachowała resztki instynktu samozachowawczego.
- Poczekaj, skoczę do łazienki, bo jak zostawię na twojej nowej kiecce trochę sosu, to mnie zabijesz – zachichotała.
Postawiłam torbę na podłodze i skinęłam głową. Całkiem słuszna uwaga – pomyślałam. No cóż, straciłaś przyzwoitą okazję – mruknął głos. Jaką okazję, idioto? To moja wspólniczka, nie? Nikt się nie pozbywa wspólników z powodu kiecki. A z powodu świetnej figury? – dociekał dureń w mojej głowie.
- Jestem – Magda porwała torbę z podłogi i wyciągnęła z niej kieckę. Gwizdnęła z podziwem. – Założysz ją na nasz wypad?
Skinęłam głową. Magdzie roziskrzyły się oczy.
- Super! Może i ja powinnam dobrać coś pod kolor? Wiesz, żebyśmy dobrze wyglądały.
- Taki jest plan. Jutro coś kupisz, albo dziś jeszcze jak wolisz. Ma podkreślać figurę no i wiesz, musi być funkcjonalna.
Teraz Magda skinęła głową.
- Co ci mówi twój wewnętrzny głos? – spytała.
Przełknęłam coś łykowatego i spojrzałam jej prosto w oczy.
- Na jaki temat?
- No, naszej akcji.
- Aha. Nic nie mówi. Tu nie ma miejsca na jakieś głosy – powiedziałam odsuwając talerz – trzeba się starannie przygotować, a nie zdawać na przesądy. Zbieramy się. Mam jeszcze trochę pracy, a zostały nam trzy dni na przygotowania. Jeśli jutro mamy razem poćwiczyć, to trzeba jeszcze dziś zakończyć kilka spraw.
- No pewnie – Magda wstała prostując idealne ciało. – To ja skoczę na te zakupy. Widzimy się później.
Patrzyłam za nią płacąc rachunek. Pozbierałam swoje rzeczy i ruszyłam myśląc już o zadaniu. Głos nie dawał wygraną. Za trzy nie będziesz wyglądać tak jak ona, skrzeknął. Może jednak...
Westchnęłam.

wtorek, 12 lipca 2016

Głos (1)

Początkowo w ogóle nie zwróciłam na niego uwagi. Chodziłam po mieście już od godziny, zaglądając to do jednego to do drugiego sklepu w centrum. Nawet nie chciałam nic kupować, ale a nuż coś się trafi. Jak człowiek szuka, to na pewno nie znajdzie.
Zaczął się przebijać przez szum głosów, zgiełk i kiepską muzykę. Od wejścia do sklepu miałam wrażenie, że coś mi chodzi po głowie, ale dopiero, kiedy stanęłam przed manekinem wpatrzona w otulający go miękki, szary materiał, usłyszałam go wyraźnie.
- Nikt nie ma takiej talii, oczywiście kiecka jest spięta z tyłu szpilkami, żeby dobrze wyglądała.
- Pewnie, że na człowieku będzie wyglądać inaczej – zgodziłam się – ale i tak jest niezła. I materiał jest w porządku. Chyba przymierzę.
- A przymierz – odpowiedział.
Rozejrzałam się, namierzyłam wieszak z szarą kiecką i wyszukałam swój rozmiar.
- Weź też o jeden większy – zazgrzytał głos. – Co będziesz chodzić dwa razy.
Wzięłam ten rozmiar większy. Nigdy nie wiadomo, czasem wygląda się lepiej w mniej dopasowanej. Dostałam numerek i zasunęłam starannie kotarę w przymierzalni. Trzy ściany wyłożone lustrami. Zdjęłam spódniczkę i powiesiłam na wieszaku. Zerknęłam w lustro i odruchowo wciągnęłam brzuch. Nie, żeby był duży, ale myślałam, że jest mniejszy. W każdym razie w ubraniu wydawał się mniejszy. Zdjęłam bluzkę. Światło w przymierzalni nie było korzystne, co do tego miałam absolutną pewność. Zdejmując sukienkę z wieszaka, ukradkiem spojrzałam w lustro. Widziałam się z boku, z tyłu, z przodu, z każdej strony. Nie byłam do tego przyzywyczajona. Nikt nie jest. Głos usiłował się przebić z jakąś złośliwością pod moim adresem, ale stłumiłam go całkiem skutecznie. Milcz, draniu! Ostrożnie wkładałam sukienkę, żeby nie popsuć makijażu, nie rozerwać niczego i w ogóle nie narobić szkód. To przecież nie była jeszcze moja sukienka. Nie muszę się tłumaczyć z ostrożności.
- Gadanie! Boisz się, że się nie wbijesz!
- Zamknij dziób! – wygładziłam dłonią, fałdkę na biodrze, podciągnęłam suwak na plecach do samej góry i obracałam się zupełnie niepotrzebnie, bo w lustrach było widać i przód i tył i tę fałdkę. To nie była fałdka na sukience.
- Na szczęście masz mnie – glos nie dawał za wygraną. – Przestań się wygłupiać i przymierz tę większą.
Przez chwilę stałam milcząc i gapiłam się na siebie w lustrze. Spojrzałam sobie w oczy zastanawiając się, czy tam w środku czai się może obcy element, kosmita, który mnie przejął. Zza przepierzenia słyszałam, jak inna kobieta szamocze się z jakąś częścią gardroby tłamsząc wyrazy głębokiego protestu wobec oporu materii. Zdjęłam sukienkę, zrobiłam głęboki wdech, następnie wydech. Znowu spojrzałam sobie prosto w oczy. Bydlak w mojej głowie ani pisnął. Zdjęłam z wieszaka drugą sukienkę.
- No, może nie wyglądasz tak dobrze, jak Magda, ale obleci – przemknęło mi przez myśl.
- Jeśli to ma być zachęta – warknęłam – lepiej się zamknij. Prosiłam już o to na samym początku.
- Oj, daj spokój – tym razem zabrzmiał pojednawczo. – Może by tak przyłożyć się bardziej do treningów? Wiesz, Magda się przykłada i widać efekty.
Miałam ochotę palnąć w ten durny łeb, ale zrezygnowałam z przyczyn oczywistych. Postanowiłam zignorować Głos. Parzyłam na siebie w lustrze przechylając głowę w jedną stronę, potem w drugą, potem ją trochę uniosłam patrząc z góry, podniosłam rękę, oparłam ją o biodro, lekko się odwróciłam. Na koniec uznałam oględziny za całkiem zadowalające i zdecydowałam, że kupię sukienkę. Właśnie w tym rozmiarze. Glos przeciskał się z komentarzem, ale go stłumiłam zajmując się wyłącznie zdejmowaniem sukienki z siebie. Koncentracja, medytacja, zen. Tylko ja i moja nowa sukienka. Razem wyglądamy naprawdę dobrze. Gdy znowu zakładałam spódnicę unikając patrzenia w lustro – co za idiota wymyślił takie światło w przebieralniach? Nawet gdyby człowiek był idealny, to i tak w tym durnym świetle dopatrzy się u siebie cellulitu i co najmniej trzy kilo za dużo – rozdzwonił się mój telefon. Wygrzebałam go z torebki i spojrzałam na wyświetlacz: Magda.
- Gdzie jesteś? – zapytała prosto z mostu.
- W przymierzalni – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Słuchaj, bo ja właśnie wyszłam z klubu i jestem potwornie głodna. Monika dała nam dziś niezły wycisk. Może skoczymy razem na jakąś sałatkę? Jesteś w centrum?
- Tak.
- Świetnie! To ja już wychodzę. Tam gdzie zwykle?
- Będę za jakieś piętnaście minut.
- Super!
I Magda się rozłączyła. Pozbierałam sukienki i ruszyłam do kasy. Uśmiechnęłam się do dziewczyny stojącej za ladą i podałam jej sukienkę. Czułam się dobrze, byłam zadowolona, za chwilę spotkam się z przyjaciółką i zjemy razem sałatkę.
Zamknij się durniu w mojej głowie! Gęba na kłódkę!

sobota, 9 lipca 2016

Najnowszy model (5)

Piątek

Wszyscy w biurze chodzili radośniejsi niż zwykle. Udało się dotrzeć bez większych wpadek dla zespołu do piątku. Projekt był gotowy, szef zadowolony. Pozostało poudawać pracę do końca dnia, odbębnić rutynowe podsumowanie tygodnia, zapoznać się z planami na przyszły tydzień – i tak bez sensu, bo każdy doskonale wiedział, że w poniedziałek większość planów ulegnie zmianie – i oddalić się na zasłużony weekend.
Karol czuł się pozbawiony energii. Nawet przez chwilę się zastanawiał, czy może jakaś drobna poprawka w ostatniej chwili nie zrobiłaby mu dobrze, ale uznał, że jednak kombinuje bez sensu. Zwykłe znużenie pod koniec tygodnia. Wróci do domu, może się chwilę zdrzemnie, potem weźmie prysznic i będzie gotów świętować. Do końca dnia zajmował się drobiazgami.
W mieszkaniu poczuł się naprawdę jak dętka. Szybko upichcił omlet, zaparzył sobie herbatę i przeglądając internet dziobał widelcem w talerz. Oczy same mu się kleiły. Miał jeszcze co najmniej trzy godziny do wyjścia. Zdecydował się na drzemkę, wsunął do łóżka i zamknął oczy.

- Model CC208, numer seryjny 3.457,823. Reset, regeneracja, wgranie imprezy piątkowej wersja WZP, sobotnie porządki, telefony do rodziny, wyjście wersja WZP/2, niedziela...

Łysiejący mężczyzna o łagodnych oczach patrzył zza szyby na salę pełną pracowników przy monitorach, którzy wgrywali kolejne programy kolejnym modelom. Spojrzał w podgląd na swoim monitorze, żeby się upewnić, czy Nowy dobrze sobie radzi. Trzaskał jak automat, ale nie był dokładny. Ciągle jeszcze wymagał uważniejszego nadzoru.
- Wgraj mu książkę. Planował dokończenie lektury „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach”. Rozłóż na dwa dni.
- Ta jest, szefie – chłopak uniósł głowę i zerknął na mężczyznę z szelmowskim uśmiechem.
Sam też mógłbyś przeczytać, pomyślał łysiejący mężczyzna. To świetna lektura i bardzo pouczająca.

czwartek, 30 czerwca 2016

Najnowszy model (4)

Czwartek

Karol był lekko niewyspany. Ale tylko lekko. Poza tym poprzedniego wieczoru zachował się bardzo rozsądnie w kwestii spożycia alkoholu, więc był całkiem szczęśliwym człowiekiem. Wsiadł do tramwaju i spojrzał na wolne siedzenie. Już sunął w jego kierunku sięgając ręką do torby po książkę. Dopiero kiedy usiadł, spojrzał na pasażera naprzeciwko. Mężczyzna o łagodnych, piwnych oczach skinął mu głową. Karol odwzajemnił powitanie, ale nie zdołał powtrzymać myśli „Mam nadzieję, że da mi poczytać”. Mężczyzna uśmiechnął się i Karol usłyszał w głowie odpowiedź: „Jasne”.
Nie mógł się skupić. Nie zdobył się na to, żeby zmienić miejsce, nie miał powodu do takiej nieuprzejmości, ale nie był zadowolony. Zamiast czytać, wpatrywał się tylko w litery i nasłuchiwał, choć mężczyzna nie manifestował żadnych myśli w jego głowie. Karol zerknął ukradkiem. Gość nie zwracał na niego uwagi, przynajmniej pozornie, i patrzył w okno. Dobre samopoczucie Karola zmieniało się w postępie geometrycznym. Był coraz bardziej rozdrażniony. Już czuł, że za chwilę sam wysiądzie z tramwaju, nawet gdyby miał przez to pozbawić się swoich rytualnych dziesięciu minut na kawę i drobne przygotowania. Wtedy mężczyzna wstał, spojrzał na niego, skinął głową raz jeszcze, tym razem na pożegnanie i ruszył do wyjścia.
Karol odetchnął z ulgą. Sam nie rozumiał, skąd się wziął ten atak paniki, bo chyba coś takiego mu się przytrafiło przed chwilą, a przede wszystkim skąd ta niechęć do nieznajomego, który nie wyrządził mu przecież najmniejszej przykrości, prawda? Wzruszył ramionami, rozłożył książkę, ale przez kilka kolejnych przystanków nadal był rozkojarzony i starał się jedynie wyciszyć. Całą przyjemność z porannego czytania szlag trafił.
Odzyskał zwyczajny rytm dopiero po jakiejś godzinie pracy. Wtedy na dobre zapomniał o mężczyźnie, jego talencie do gadania w cudzej głowie i własnej złości zupełnie irracjonalnej. Pracował jak doskonała maszyna aż do końca dnia. Wykonał wszystko zgodnie z planem. Prezentacja była udana, projekt dopięty i właściwie zaakceptowany. Na piątek pozostało złożenie i oficjalne przyjęcie, potem podsumowanie tygodnia i nowe zadania. Tym razem projekt miał być bardziej skomplikowany i zająć więcej niż jeden tydzień. O tym wiedział już cały zespół.
Z perspektywy wieczoru Karol ocenił, że dzień był właściwie udany i żeby sobie zrekompensować poranny stres, postanowił poczytać. W weekend skończy książkę.

wtorek, 28 czerwca 2016

Najnowszy model (3)

Środa

Mimo padającego deszczu środa zastała Karola w dobrym nastroju. Miał dokładnie poukładany w głowie plan, jak dokończyć projekt. Pozostało tylko usiąść i wszystko dopiąć. W czwartek zamierzał go omówić z grupą i przygotować prezentację. Na ewentualne poprawki zostawał piątek i tydzień mielibyśmy z głowy.
Strząsnął wodę z parasola i wsiadł do tramwaju. Znalazł miejsce siedzące bez kłopotu, uporał się z parasolem i wyjął książkę z torby. Rozłożył ją starannie tak, żeby się nie zamoczyła od stojącego obok parasola. Pochłonął go świat Deckarda. Dopiero przejechawszy dwa, a może trzy przystanki rozejrzał się po wagonie. Uświadomił sobie, że nie słyszy telepaty. Może mężczyzna nie miał mu nic do powiedzenia, ale Karol przypuszczał, że jednak odezwałby się, gdyby był w tramwaju. Nie zobaczył go jednak ani za sobą, ani przed sobą, nie usłyszał go w głowie, choć udawał, że czyta nasłuchując, więc pogrążył się naprawdę w lekturze. Po chwili wyjrzał przez okno na deszczową ulicę.
2019 rok, to jakby dziś, pomyślał. A jednak nauka nie poszła w tym kierunku. Nadal to ludzie siedzą całymi dniami w robocie, a nie replikanci. Rzucił okiem na innych pasażerów, jakby chciał się upewnić co do ich człowieczeństwa, ale nie napotkał niczyich oczu zajętych obserwowaniem ekranów. Pochylił głowę nad książką.
Kawa w takim sennym dniu sprawiła mu szczególną przyjemność. Przygotował się jak zwykle do pracy korzystając ze swoich nienaruszalnych dziesięciu minut wyprzedzenia. Pracował jak automat z mocnym postanowieniem trzymania się planu. Do lunchu nie oderwał się od komputera ani na chwilę, a kiedy przyszła pora przerwy, z satysfakcją odsunął krzesło od pulpitu. Przeciągnął się, wyjął telefon i potwierdził spotkanie z przyjaciółmi.

Deszcz przestał padać po południu. Karol czuł w sobie mnóstwo energii. Podśpiewywał biorąc prysznic, przebierał się i przegryzł coś naprędce. Zamierzał spędzić jak najwięcej czasu z przyjaciółmi, ale też nie mógł siedzieć zbyt długo, bo nazajutrz chciał być w formie. Zaszaleć można dopiero w weekend, ten prawdziwy. Środa jest ledwie drobnym przerywnikiem w powtarzających się tygodniach. Androidy miały bardziej ożywione życie towarzyskie niż pracownicy corpo. Praw też miały więcej, zatrzepotała mu w głowie myśl, ale wiedział, że przesadza. Zgarnął talerzyk do zlewu i wyszedł szybko z mieszkania.
Wsiadając do tramwaju uśmiechał się do zamyślonej dziewczyny, którą przepuścił szarmancko w drzwiach. Nie zauważyła jego uśmiechu grzebiąc w torebce w poszukiwaniu dzwoniącego telefonu, który natychmiast przyłożyła do ucha.