piątek, 9 września 2016

Testament (4)

Magazyn Kultura, 9 września 2017

Rafał Obrębski: nawet w najgorszym potworze połyskiwało kiedyś światełko [WYWIAD]

Red.: Milczałeś ponad dwa lata. Dobrze zapowiadający się pisarz, pierwsza nagroda na koncie, a potem cisza.

RO: To prawda. Potem nastąpił gorszy okres w moim życiu. Niektórzy nazywają to wypaleniem.

To chyba zbyt łatwe. Mówiło się też o innych kłopotach, natury... zdrowotnej.

[Śmiech] Tak, przyznaję się. Nie jestem bez winy.

Ale tę przygodę masz już za sobą?

Raczej przykry epizod. Nie oszukujmy czytelników. Tak, mam to już za sobą. Pozostało doświadczenie.

Pisarz wykorzystał je w swojej książce?

Chyba mi się udało.

Jesteś bardzo skromny, więc ja przypomnę naszym czytelnikom, że za najnowszą powieść pt. „Sen”, Rafał Obrębski otrzymał nagrodę Wiecznego Pióra. To niezwykle prestiżowa nagroda.

Tak, jestem z niej dumny.

Podobno napisałeś tę powieść w rekordowo krótkim czasie, to prawda?

Prawda. Nad piewszą wersją, która właściwie nie uległa większym zmianom poza kosmetyką, pracowałem bardzo intensywnie pół roku.

800 stron w pół roku, to niespotykane tempo.

Miałem silną motywację. Wydawca też się postarał i książka ukazała się bardzo szybko po uzyskaniu wersji ostatecznej.

Co było inspiracją do tej kiążki?

[Śmiech] No wiesz, życie, jak zawsze.

Twój bohater jest okrutnym człowiekiem, choć miał szczęśliwe dzieciństwo. Łamiesz zasady.

Nie ma takich zasad. Szczęśliwe dzieciństwo nie oznacza pięknego charakteru, szlachetności i dobroci. Staram się pokazać, że nie ma reguł rządzących poszczególnymi jednostkami. Społeczeństwo można kształtować, ale pojedyńcze osoby będą się wymykać.

Zawsze?

Niektórzy doskonale się dostosowują, inni słabiej. Mnie ciekawią odmieńcy [śmiech]. I oczywiśce ich wpływ na innych ludzi.

Czasem dosłowny.

Tak, czasem całkiem dosłowny.

Przygotowując się do wywiadu rozmawiałem z Twoim przyjacielem, Kubą. On twierdzi, że ta powieść Cię odmieniła, że z bałaganiarza stałeś się człowiekiem bardzo uporządkowanym, wręcz pedantycznym. Przestrzegasz czasu pracy, dla przyjaciół masz tylko jeden dzień weekendu.

[Śmiech] To praca jak w fabryce. Jeśli nie piszesz regularnie, nic z tego nie będzie. Czasem tak się dzieje, że pod koniec dnia, albo następnego dnia wyrzucisz cały „urobek” do kosza. Bo nie pasuje, bo nie to chciałeś powiedzieć. Ale musisz to najpierw napisać.

Spoważnałeś?

[Śmiech] Może faktycznie trochę dorosłem.

Jakieś zajęcia poza pisaniem? Uprawiasz jakiś sport? Chodzisz do kina?

Codziennie chodzę na dwugodzinny spacer z psami. Wiesz taki szybki marsz. Wtedy układam sobie w głowie różne rzeczy, a potem wracamy i piszę.

Kuba mówił, że to one Cię wyprowadzają.

Kuba ma rację [śmiech].

Plany na przyszłość?

Pisanie oczywiście.

I kolejne nagrody?

Jeśli będą, przyjmę je z radością.


Koścista dłoń o bladej jak kość słoniowa skórze dotknęła psiego łba. Palce delikatnie gładziły krótkie futro za uchem rottweilera. Pies zmrużył ślepia i wywiesił jęzor.

czwartek, 8 września 2016

Testament (3)

Rafał wpadł do mieszkania trzaskając drzwiami. W kuchni nastawił wodę na herbatę, pognał do pokoju i otworzył laptop leżący na biurku. Wcisnął przycisk i zaczekał, żeby sprawdzić, czy urządzenie rozpoczyna pracę. Po pierwszych oznakach życia na ekranie poszedł do sypialni. Zgodnie z przeczuciem Rafała nie siedział w niej osobnik w czarnym kapeluszu, ale pergaminowa kartka nadal leżała na stole. Rafał usiadł w fotelu, przysunął stolik do siebie, odkręcił wieczne pióro i podpisał umowę. Położył kartkę na stole i zdecydował, że nie będzie przewidywał, w jaki sposób Gość ją odzyska.
Niecałe pięć minut po wejściu do mieszkania siedział przed białym ekranem z nowo otwartym, pustym plikiem edytora tekstu. Pociągnął łyk gorącej herbaty i wystukał: TESTAMENT. Wyśrodkował tekst, podparł się łokciem o biurko i wpatrzył się w napis. To chyba zbyt dosłownie, pomyślał, nawet jak na tytuł roboczy. Bo czego właściwie chciał ode mnie Gość?
Zadzwonił telefon. Rafał spojrzał na wyświetlacz. Dzwonił Kuba. Rafał odłożył telefon i zaczął pisać:
„Kuba wpatrywał się w płynącą wolno mętnawą po burzy wodę. Zanurzył końce palców w zimnej rzece, poczuł lekki prąd łaskoczący skórę jego dłoni. Martwy liść wleczony przez wodę, zaczepił o jego palec. Pomyślał o własnym życiu, które mu przepływało między palcami, a czasem przynosiło kogoś, kto zaczepiał o niego jak ten liść. Czasem na dłużej, czasem na krócej...”
Ale to grafomańskie, ja pierniczę! Zaczernił tekst z wyjątkiem pierwszego zdania i wymazał. Znowu wypił łyk herbaty. Kursor migał na ekranie, a Rafał miał pustkę w głowie. Nie potrafił wykombinować nawet roboczego tytułu dla swojego tekstu, nie mówiąc już o tym, że spuścizna, którą mógłby przekazać wydała mu się wyjątkowo mizerna. Wstał od biurka, wziął kubek z herbatą i wyniósł go do kuchni. Upił jeszcze łyk, potem przechylił kubek nad zlewem gapiąc się jak płyn o kolorze ciemnego piwa znika w odpływie. Piwo, pomyślał, piwo mi dobrze zrobi. Otworzył drzwi lodówki i przypomniał sobie, że resztę zawartości ostatniej butelki wylał obok łóżka podczas wizyty niespodziewanego gościa. Wziął siatkę na zakupy, sprawdził, że w kieszeni spodni ma jakieś pieniądze, założył trampki w przedpokoju i otworzył drzwi na klatkę schodową. Naprzeciwko jego drzwi siedziały dwa czarne rottweilery. Rafał znieruchomiał. Szeroko otwartymi oczami gapił się na psy, które wywaliły jęzory i gapiły się na Rafała. Postąpił krok. Psy schowały jęzory i uniosły lekko drżące wargi pokazując zęby. Na drugi krok Rafał już nie miał miejsca, a psy przysiadły na zadach i sprężyły się do skoku.
- Kurwa mać! – wrzasnął Rafał trzaskając drzwiami.
Dygotał w przedpokoju ze strachu i złości.
- Teraz bawisz się ze mną w „Omen” czy co? – rzucił w przestrzeń.
Rzucił siatkę na komodę i zawrócił do pokoju. Dostrzegł jakiś ruch ma ekranie. Zaczął czytać:
Siadaj na tyłku i pisz. Kursor migał za kropką.
Kurwa mać!!!!!, wystukał Rafał.
Masz bardzo ubogie słownictwo jak na pisarza. Pewnie dlatego, że mało piszesz ostatnio.
Rafał usiadł na biurkiem i wpatrywał się w ekran. Dłonie drżały mu ze złości. A może z powodu kaca?
Kiedyś mi za to podziękujesz, a teraz zbieraj się do roboty i pamiętaj, że talent to nie wszystko. Właściwie to bardzo mało.
Kim jesteś?
To bez znaczenia.
Dla mnie to ważne.
Strasznie nudzisz. Byłem tu, zanim pierwszy idiota zszedł z drzewa. Niech to ci wystarczy. Przestań szukać pretekstów i zacznij wreszcie pracować.
Dlaczego się uparłeś, żeby dręczyć właśnie mnie?

Nie tylko ciebie. Dręczyłem innych przed tobą i będę dręczyć innych po tobie.
Na przykład?
Stephen King też chlał, ale on w przeciwieństwie do Ciebie pisał bez przerwy. Jego musiałem trochę inaczej motywować.

Rafał otworzył usta i gapił się w ekran.
...
No co? Nie chciałbyś pisać jak King?
Chyba nie. King pisze jak King. Ja chciałbym po swojemu.
Ale chciałbyś być tak znany jak on?

Rafał uznał, że pytanie jest retoryczne. Zaczernił ekran raz jeszcze i skasował cały tekst. Potem na środku postawił jedynkę. Pociągnął nosem i zaczął pisać:

Biegł wyciągając z trudem nogi z błotnistego gruntu. Każdy krok oznaczał walkę z mazią, która chciała go wessać do wnętrza ziemi, pochłonąć, odebrać mu energię. Siły opuszczały go coraz bardziej, a wiedział, że powinien przyspieszyć, by umknąć pościgowi. Nie odwracał się, żeby nie zobaczyć prześladowcy. A może prześladowców? Tak było za każdym razem. Wiedział, bo przecież przeżywał szaleńczą ucieczkę nie po raz pierwszy. Oni zawsze byli szybsi. Jemu zawsze było trudno...

środa, 7 września 2016

Testament (2)

Stał w łazience i gapił się bezmyślnie w lustro. Potem napotkał własne spojrzenie. Postanowił umyć przynajmniej zęby. Może nie zmieni tym od razu całego życia, ale uznał, że to niezły początek. Ta czynność tak go zmęczyła, że nie wiedział kiedy, wrócił do łóżka i zasnął. Jedni w stresie jedzą, inni śpią.
Obudził się i natychmiast otworzył oczy, ale leżał jeszcze bez ruchu wsłuchując się w dźwięki i próbując ustalić, czy jest sam, czy też siedzi w pokoju ktoś jeszcze. Wreszcie wyprostował się na łóżku i zdecydował stawić czoła rzeczywistości. Miejsce w fotelu przy stoliku było puste, ale dokument nadal leżał na blacie, a więc Gość nie był tylko złym snem. Rafał rozsunął zasłony, otworzył szeroko okno i spojrzał na wyświetlacz telefonu. Była druga po południu. Czuł się znacznie lepiej. Przynajmniej fizycznie. Przyniósł sobie wodę z kuchni i usiadł w fotelu. Sięgnął po dokument sporządzony, a jakże, na pergaminie. Albo czymś podobnym.

„Ja, Rafał Obrębski, zobowiązuję się solennie do spisania testamentu, zanim pożegnam się z tym światem.”

Tylko tyle. Miejsce na podpis i datę. Żadnych gwiazdek, żadnego drobnego druku. Jedno zdanie, które w dodatku było idiotycznie oczywiste. Na stole leżało wieczne pióro. Rafał nie przypominał sobie, żeby miał takie pióro, więc to pewnie był prezent od Gościa. Wzruszył ramionami, pomaszerował do łazienki i wszedł pod prysznic. Najpierw obiad, pomyślał, nie ma co się śpieszyć, mądrzy ludzie zawsze ostrzegają, żeby niczego pochopnie nie podpisywać.
Na ulicy było ciepło, gwarnie i bardzo otymistycznie w czerwcowym słońcu. Rafał rozejrzał się oglądając uważnie przechodniów, ale nie dostrzegł wśród nich żadnego mężczyzny w czerni. Nie miał też wrażenia, żeby go ktoś śledził. Skręcił za róg i znalazł się na cichej sąsiedniej uliczce z ogródkiem kawiarnianym na chodniku, wśród kwiatów. Ruch tu był niewielki, a kuchnia smaczna. Usiadł i sięgnął po kartę.
- Na co dziś miałby pan ochotę? – przywitał go student dorabiający u Chińczyka w tym tygodniu.
- Coś ostrego – mruknął Rafał.
- Kurczak, czy ryba? A może krewetki?
- Niech będzie kurczak.
- I piwo?
- Nie, przynieś mi zimną Colę.
Student nie skomentował i ruszył w stronę kuchni.
Rafał gapił się bezmyślnie na uliczkę i przeżuwał swoją klęskę. Bo najście w domu uznał za klęskę. Chyba w innych kategoriach nie można rozważać takiego zdarzenia. Czuł się podle. Dlaczego miałbym cokolwiek podpisywać? – obracał myśli w głowie – i czy to znaczy, że ten typ, że Gość, poprawił się natychmiast, ma zamiar wrócić? Obudzę się, a on znowu będzie siedział w moim fotelu? W mojej sypialni? Ja pierniczę, przecież to jakiś absurd! Szantaż! No niech mi ktoś powie, czy to nie jest szantaż?
Sięgnął po widelec i wbił go w kawałek kurczaka pływającego w gęstym sosie na talerzu. Przecież to nie do przyjęcia w cywilizowanym świecie, żeby jakiś gość ubrany jak cudak, Gość w czerni, poprawił się szybko, właził człowiekowi do domu, do sypialni, zakłócał intymność i kazał podpisać jakieś bzdety! To jest – Rafał aż się gotował – to normalnie gwałt! No nazywajmy rzeczy po imieniu, żuł mściwie mięso, kim jest obcy człowiek, który ci włazi do chałupy, kiedy śpisz? Dolał ostrego sosu. O ile to w ogóle jest człowiek, przełknął kęs tak ostry, że aż z jego oka zaczęła płynąć łza. Rafał sięgnął po serwetkę, wytarł oczy, potem wysmarkał nos, a kiedy oderwał serwetkę od twarzy znieruchomiał. W tej cichej ulicy, gdzie ruch był symboliczny, pędził wprost na niego paskudny czarny SUV. Rafał widział skierowane na siebie reflektory i wyszczerzoną kratę chłodnicy. Nawet nie zdążył odłożyć serwetki, ani odsunąć się od stolika. Nic nie zdążył zrobić. Pomyślał tylko głupio o Annuszce, która rozlała olej słonecznikowy. A więc to tak?
SUV zatrzymał się dosłowie centymetr przed stolikiem. No, może dwa. Przez chwilę nikt się nie ruszał, potem rozległ się cichy szmer otwieranych drzwi od strony kierowcy. Student-kelner podszedł do Rafała. Kierowca SUVa wysiadł, na miękkich nogach postąpił dwa kroki i opadł ciężko na krzesło. Spojrzał Rafałowi prosto w oczy.
- Oszukać przeznaczenie – student przerwał milczenie. – Widzieliście to? Niezłe, jeśli ktoś lubi takie historie.
Spojrzał zaciekawiony na Rafała i jego niedoszłego oprawcę.
- Ale i tak się nie da. Podać coś? – zwrócił się do kierowcy.
- Wody – padła cicha odpowiedź.

wtorek, 6 września 2016

Testament (1)

Najpierw usłyszał szum ulicy, stukot kół tramwaju, klakson. Zacisnął mocniej powieki w nadziei, że zapadnie znowu w sen i jakoś przetrzyma te kilka godzin porannego kaca, ale już wdzierało się światło drażniąc oczy, mimo zaciągniętych zasłon. Potem dotarł do niego smród piwa rozlanego na dywanie przy łóżku. Może to go uratuje? Wyciągnął rękę szukając po omacku butelki. Potrząsnął nią i na dnie zachlupotały resztki. Przytknął szyjkę butelki do ust i przechylił. Mało. Za mało, żeby zaspokoić pragnienie. Podciągnął się z trudem i w pozycji półsiedzącej, z zamkniętymi nadal oczami usiłował uspokoić wir w głowie. Wreszcie zaczerpnął więcej powietrza i ostrożnie uchylił powieki. W pokoju siedział człowiek. Obcy człowiek.
Nie da się wytrzeźwieć w okamgnieniu, nawet jeśli można przeczytać coś takiego w książce. Rafał po prostu nie uwierzył w to, co widzi. Przymknął oczy i usiłował oprzytomnieć, odzyskać możliwość postrzegania i oceniania zjawisk. Choć oczu nie otwierał, do jego mózgu zaczęła się przedzierać świadomość czyjeś obecności. Zerknął.
Gość miał na sobie czarny garnitur, czarną koszulę, czarne sztylpy. Czarny kapelusz położył na stoliku, a sam rozparł się wygodnie w fotelu stojącym naprzeciwko łóżka. Założył nogę na nogę.
- Wiem, że nie wytrzeźwiałeś, ale czy coś już do ciebie dociera?
Rafał nie zauważył, żeby gość poruszał ustami.
- Kim pan jest, przepraszam? – zaskrzypiał.
- Możesz do mnie mówić Gość.
Rafał skinął głową, kaszlnął i usiadł całkiem opierając się plecami o ścianę.
- Czemu zawdzięczam pańską wizytę, panie Gościu?
- Sobie ją zawdzięczasz, pijaczyno. Mam dla ciebie propozycję. Drugiej nie będzie, więc radzę ci, żebyś ją sobie wziął do serca.
Rafał nie miał siły się oburzać, ani unosić lub protestować. Skinął głową.
- Napiszesz testament.
Rafał uniósł brwi z wielkim trudem.
- Ale... ja nic nie mam – wskazał na ścianę – no poza mieszkaniem. Nie mam komu go zapisać. Zresztą jak, dlaczego?... Mam dopiero trzydzieści pięć lat, jeszcze nie pora... chyba?
Gość wyciągnął złotą papierośnicę, z niej wyłuskał papierosa. Rozległ się trzask zapalniczki i płomień owinął się wokół końcówki papierosa. Gość wciągnął dym. Jego policzki koloru kości słoniowej zrobiły się całkiem wklęsłe. Rafał patrzył, jak rozżarzony tytoń zamienia się w popiół. Dotarł do niego wyjątkowo silny aromat. Jedyny ładny zapach w pokoju.
- Kim pan jest, panie Gościu? – powtórzył pytanie słabym, łamiącym się głosem.
- Mówimy o tobie, prawda? Propozycja dotyczy ciebie, zgadza się? To ty jesteś podobno pisarzem, więc ty będziesz pisał ten cholerny testament, a nie ja!
Rafał skinął głową. Owszem wydał kilka lat temu książkę okrzykniętą bardzo udanym debiutem. Druga też była całkiem niezła. Trzecia poszła siłą rozpędu, a czwartą wymusił na nim wydawca. Przez pewien czas Rafał przechadzał się w nimbie lokalnej sławy. Złapał na nią jedną nauczycielkę, potem jedną dziennikarkę, ale żadna nie wytrzymała jego nastrojów, zwłaszcza kiedy nimb sławy coraz częściej zamieniał się w opary alkoholu. Niedawno odeszła od niego wyjątkowo cierpliwa pani weterynarz.
- Czy mam się pożegnać z życiem? – wyjąkał Rafał. – To już koniec? Koniec kariery, pisania, mój młody talent...
- Nie dramatyzuj – przerwał mu Gość. – Powiedziałem chyba wyraźnie, że masz się wziąć do roboty i spisać testatement. Pisać nie bredzić, nie żegnać. Przestań się rozczulać nad sobą, ogarnij się, umyj, wywietrz pokój, wyjdź na spacer i potem zrób to, co masz do zrobienia. Ta decyzja nie podlega dyskusji. Gość wyciągnął zza pazuchy rulon papieru, złamał pieczęć i rozłożył dokument na stole.
- Podpiszesz to, albo... sam się domyśl.
Gość wygładził klapy garnituru, założył kapelusz, odwrócił się na pięcie i zniknął za drzwiami.
Rafał zwlókł się z łóżka.

sobota, 3 września 2016

Głos (5)

Był pusty. Przy schodach czuwał nadal ten sam ochroniarz. Brakowało więc jeszcze jednego. Może kręcił się wśród gości, może nie. Ruszyłyśmy szybko w drogę powrotną. Za niecałe pięć minut panowie zaczną się wybudzać. Nie załadowałyśmy dawki dla słoni. Mop tkwił na swoim miejscu blokując klamkę od łazienki. Zza wahadłowych drzwi do kuchni wyjrzałyśmy ostrożnie. Tu słychać już było śmiech, oklaski z sali wystawowej i teatralny głos gospodarza, ale w samej kuchni było cicho. Magda nasłuchiwała przez chwilę przy drzwiach do chłodni, ale przecież nie było szans, żeby usłyszeć cokolwiek przez grubą izolację. Podeszłam do drzwi prowadzących do sali wystawowej i ubezpieczałam nas z tej strony. Magda nacisnęła delikatnie klamkę chłodni i zajrzała przez szparę. Szybko oceniła sytuację.
- Mamy mniej więcej trzy minuty. Jeden już się wierci.
Sięgnęła do torby i wyciągnęła z niej trzy fiolki. Pierwszą rzuciła w kuchni, kiedy z niej wychodziłyśmy, drugą, w kącie, pod sinoburym obrazem, gdy już sunęłyśmy dyskretnie w stronę wyjścia, trzecią upuściła pod rozłożystym drzewem pięknie wkomponowanym w przestrzeń wystawową.
Najpierw pojawił się dym w okolicach kuchni, potem na wystawie. Goście rozglądali się pociągając nosami. Gospodarz zniżył głos i też zaczął węszyć. W następnej minucie wielbiciele sztuki i wernisażowych poczęstunków rzucili się zgodnie ku drzwiom wyjściowym, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Gospodarz zasłaniając nos starał się nie oddychać. Nawet się nie tłumaczył w tym rozgardiaszu – i tak go zresztą nikt nie słuchał – tylko starał się wyjść jak inni. Trudno było im dziwić zważywszy na straszliwy smród. Dołączyśmy do gości prezentujących wyraz największego obrzydzenia na twarzach i, zasłaniając dyskretnie pół twarzy chustami, przeszłyśmy obok ochroniarza wmieszanego w tłum. To był nasz piąty cel. Jedyny, który w tej chwili nie robił dzikich min i lekceważąc smród przedzierał się w przeciwnym kierunku niż wszyscy, czyli w stronę tego na schodach. Szósty miał widać słabsze morale, bo wykrzywił oblicze w grymasie totalnego obrzydzenia, ale mimo to wskazał głową koledze kłęby dymu wydobywające się z kuchni, a sam ruszył w górę schodów i, jak nietrudno się było domyślić – do gabinetu. No cóż panowie, o kilka sekund za późno, zachichotał mój Głos wewnętrzny. Tylko króciutką chwilę spędziłyśmy wśród kotłujących się na chodniku gości. Kiedy Monika zamykała delikatnie bagażnik, w którym wylądowały nasze torby, usłyszałyśmy odległy dźwięk pierwszych policyjnych syren.

Monika otworzyła zamaszystym ruchem drzwi naszej wielkiej szafy z lustrem, potem jeszcze jedne drzwi ukryte w głębi i zaczęła wyładowywać z torby cały swój arsenał: granaty hukowe, ampułki ze smrodem i gazem (nigdy nie pamiętałam, co zawierały, ale Monika zabierała je na każdą akcję), swój paralizator, mój paralizator, strzałki, pistolety. Zdejmowałam z siebie poszczególne części wyposażenia i oddawałam grzecznie Monice.
- No dobrze, a teraz pokaż ten skarb – powiedziała siadając na łóżku.
Zanurzyłam rękę w torbie i wyjęłam szklaną kulę wielkości piłki do tenisa. Kiedy się nią potrząsało, płatki śniegu wirowały wokół dużego diamentu oprawionego nawet dość misternie. Monika potrząsnęła kulą.
- Ale kicz.
- Nasz artysta tworzy sztukę niekonwencjonalną. I nieźle ją ubezpiecza.


Uchyliłam jedną powiekę i ziewnęłam. Szmaragdowe fale szumiały monotonnie, słońce grzało, Monika wyczyniała jakieś dziwne figury na plaży. Poprawiłam się na siedzisku. Monika wybijała się w miejscu i robiła salto w tył lądując, o dziwo, na nogach. Tego jeszcze nie widziałam. Jakbyś poćwiczyła, zaczął Głos w mojej głowie, ale na szczęście w tejże chwili zadzwonił telefon. Spojrzałam na wyświetlacz i uśmiechnęłam się.
- Halo?
- Dzień dobry, panno Zet.
- Dzień dobry, panie dyrektorze.
Ten głos lubiłam.
- Jak tam wakacje? Pogoda dopisuje?
Cały dyrektor.
- Jak to na Karaibach, panie dyrektorze.
- A nie nudzicie się za bardzo?
Monika dla odmiany zrobiła salto do przodu.
- Wydaje się, że nie bardzo, panie dyrektorze.
- Mamy nową sprawę.
Monika wyczuła chyba z kim rozmawiam i spojrzała na mnie czujnie. Machnęłam ręką.
- Słucham, panie dyrektorze.
- Z sejfu bankowego zginął komplet biżuterii żony dyrektora tegoż banku. Ubezpieczony na ładną sumę. Do banku nie musicie się wdzierać, bo to sprawdziliśmy oficjalnie. Ktoś otworzył sejf czysto i fachowo, ale skrytkę spartaczył. Ubezpieczyciel byłby wdzięczny za sprawdzenie domu i wiejskiej posiadłości dyrektora.
Monika już stała przy mnie.
- Wiem, że macie jeszcze dwa tygodnie wakacji, ale na materiały zawsze możecie zerknąć.
- Zgoda, panie dyrektorze.
Monika zaklaskała cichutko. No jak dziecko, zaczął marudzić Głos w mojej głowie.
Rozłączyłam się i przeciągnęłam z zadowoleniem, aż mi chrupnęły kości w stawach.