poniedziałek, 20 lutego 2017

Ravel (10) - część dziesiąta i ostatnia.

Rozglądając się po hallu dworca Laverre pomyślał o olbrzymiej szklarni. Kopuła, przez którą przeświecało granatowe teraz niebo wznosiła się wysoko, jakby stawiali ją mityczni giganci. Za to delikatne, ażurowe konstrukcje przeszklonych ścian musiały być misterną robotą mrozu. Zadzierając głowę Laverre obserwował błyski światła na szybach i na kryształowych żyrandolach. Nie potrafił określić, jak wielka jest powierzchnia hallu wypełnionego tłumem, który bezustannie poruszał się i roił niczym owady na kawałku pożywki. Obecni nosili atłasowe stroje białe i czarne, które przywodziły na myśl karnawał w Wenecji. Nigdy tam nie był. A może był, ale zapomniał? Twarze zasłaniały maski ozdobione białymi i czarnymi piórami, a niektóre dodatkowo kryształkami. Laverre krążył w tłumie. Postcie zachowywały się jak goście na nudnym przyjęciu. Przemieszczali się uroczyście, sztywno, wymieniali słowa, ukłony, czasem przystawali i z tej lub innej strony dobiegał monotonny gwar rozmów. Laverre nie rozróżniał słów. Słyszał tylko pomruk, szum, brzęczenie jak w ulu. Zaraz po strojach i maskach najbardziej rzucały się w oczy paznokcie. Pomalowane czarnym, lśniącym lakierem. Te paznokcie go fascynowały. Spojrzał odruchowo na własne paznokcie. Też były czarne. Jego twarz również zasłaniała maska, a ciało otulała miękko atłasowa szata. Laverre nie przypominał sobie, kiedy zdążył się przebrać.
- Trafiłeś! – ktoś najwyraźniej mówił do niego.
- Czysty przypadek – przyglądał się mlodej kobiecie i narastało w nim przekonanie, że się znają. – Jechałem pociągiem, spotkałem Miśka, potem pilota. Okazuje się, że nic mu się nie stało. A potem znalazłem się tutaj.
Usiłował tą gadaniną zyskać na czasie i przypomnieć sobie jej imię. Musiała coś wyczuć, bo spojrzała na niego uważniej zza czarnych piór maski.
- Jak się nazywa to miejsce? – spytał w końcu.
- Jesteśmy w Zajezdni.
- Byłaś tu już kiedyś?
Skinęła głową.
- Ty też. Jak każdy z nas.
- Kim oni są? – wskazał brodą na krążących gości.
- Są tacy jak my.
- To znaczy?
Wzruszyła ramionami.
- Strasznie wolno kojarzysz, Ravel. Wydawałeś mi się bystrzejszy.
- Laverre.
Irmina otworzyła szeroko usta, a wreszcie parsknęła śmiechem:
- Udało ci się! Znaczy jemu.
Poklepała go w ramię.
Teraz on gapił się na nią i aż było słychać, jak myśli obracają się w jego głowie.
- Nie powinno mnie tu być – wykrztusił wreszcie.
Patrzyła rozbawiona.
- Słyszysz? Nie powinno mnie tu być!
- To wyjdź.
Najwyraźniej z niego kpiła.
- Jak się stąd wychodzi?
- O, to proste. Znajdujesz wyjście, potem przez las i do pociągu. No chyba, że przez pustynię albo śnieg. Może też być samolotem, balonem, łodzią podwodną. Jak chcesz.
Laverre spojrzał na postacie snujące się po Zajezdni, a potem ruszył w tłum.Nie poszła za nim.

***

A, byłabym zapomniała... Spokojnych snów :)

3 komentarze:

  1. Szkoda tylko, że to już koniec :/

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety to już koniec, mam jednak nadzieję że za jakiś czas pojawi się coś nowego :]

    OdpowiedzUsuń